Moje zdjęcie
Jaworzno, Śląsk, Poland
Młody jeszcze człowiek pełen paradoksów, bywający odważny, ale i nieśmiały, wyważony, ale i zwariowany, radosny, ale i melancholijny. Nie dający się sklasyfikować, wstawić w ramkę, czy wcisnąć do opisanej szufladki.

2009/12/23

Świąt wesołych - życzę Wam!

Minął już rok.
Znów składam życzenia wszystkim czytelnikom. Życzę Wam wszystkiego najlepszego, oczywiście, spełnienia wszystkich marzeń, tych małych i dużych. Aby każdy z Was odnalazł w życiu sens i cel, dla którego dalej żyć. Życzę, abyście czuli że otacza Was miłość, ciepło, przyjaźń. Mam nadzieję, że w przyszłym roku i w następnych latach Wasze serca będą szeroko otwarte i nie przegapią okazji na szczęście oraz, że uda Wam się osiągnąć to, co zaplanowaliście.
Powoli zbliża się już rok, odkąd prowadzę tego bloga, z tej okazji uzupełniłem jego archiwum o posty napisane na poprzednim wcieleniu Cokolwiek, na Onecie. Do końca roku, bądź do 8. stycznia pojawi się podsumowanie minionego roku, który obrócił mną sporo razy dokoła mojej osi.

PS. Zalałem klawiaturę kawą, nie działają mi litery wsx, utrudnia mi to znacznie pisanie, no ale jakoś postaram się dać radę. ; )

2009/12/20

Jedno z "Trzech studiów na temat realizmu" Herberta

           3
na koniec oni
autorzy płócien podzielonych na prawą stronę i lewą stronę
którzy znają tylko dwa kolory
kolor tak i kolor nie
wynalazcy prostych symbolów

otwartych dłoni i zaciśniętych pięści
śpiewu i płaczu
ptaków i pocisków
uśmiechów i szczerzenia zębów

którzy mówią
potem kiedy zamieszkamy w owocach
będziemy używali subtelnego koloru "może"
i "pod pewnym warunkiem" o perłowym połysku
ale teraz ćwiczymy dwa chóry
i na pustą scenę
pod oślepiające światło
rzucamy ciebie
z okrzykiem: wybieraj póki czas
wybieraj na co czekasz
wybieraj

i aby ci pomóc nieznacznie popychamy języczek wagi

2009/12/19

W marzeniach widzę znów...

Młody byłem
młody jestem
młody zostanę
nie chcę żyć długo jak inni
nie potrzebuję jak wszyscy
wystarczy mi odrobina szczęścia
moja własna odrobina która będzie trwać
moja odrobina która nie ucieknie
od razu
po miesiącu
po roku
wystarczy mi ten kawałek szczęścia
który zostanie ze mną do końca moich krótkich dni

bo tak naprawdę nie chciałem tego mówić
ale wystarczysz mi Ty

2009/12/12

Tak naprawdę słowa maja moc, gdy płyną prosto z głębi duszy

W każdy dzień, w każdą noc, przywołuję obraz, który w sercu mam...

Myślę, że każdy z nas ma jakieś marzenia. Kwestia tego tylko, co uznajemy za marzenie. Dla mnie jest to pragnienie czegoś. A pragnąć można rzeczy małych i dużych. Można pragnąć szczęścia, miłości, udanej kariery, ale można też pragnąć własnego mieszkania, niezależności finansowej, można pragnąć nawet kurczaka po włosku na jutrzejszy obiad. Dlatego myślę, że każdy z nas ma jakieś marzenia, jakiś cel, bliski, czy odległy, ale jednak. Celem może być nawet samo życie, bo przecież co by się z człowiekiem stało, gdyby nie miał żadnego celu? Brak celu, to brak motywacji, brak motywacji to stagnacja, a w efekcie uwstecznienie. A większość z nas nie chce się cofać w swoim rozwoju. To naturalne, że chcemy osiągać nowe cele, zdobywać nowe szczyty. A ci, którzy są ambitni, za każdym razem swoją poprzeczkę ustawiają coraz wyżej. To mobilizuje do postępu, do rozwoju. I daje cholernie olbrzymią satysfakcję i dumę z samego siebie i z osób, które towarzyszą nam w zdobywaniu prywatnych trofeów.
Jest niestety też druga strona medalu. Bardzo łatwo popaść w samouwielbienie. Tym bardziej, jeśli nie odnosi się porażek. Miarą zwycięstwa nie jest bowiem ich ilość, jak myślą niektórzy (których jest całkiem sporo, zresztą). Dla mnie miarą zwycięstwa jest ilość klęsk, porażek i upadków, po których udało się człowiekowi wstać i iść dalej, dalej zdobywać. Wiadomo przecież, że nie sztuką jest wygrać, sztuką jest godnie przegrać i podnieść się po klęsce.
Ale i tak liczy się to, co mamy w głębi serca. A co tam mamy? Pragnienia spełnione i niespełnione. I jeszcze te najskrytsze. To, co mamy tam głęboko, często jest tym, czym żywi się nasza świadomość, ale czego nikomu nie chcemy pokazać, ujawnić. Taka sfera największej intymności, którą możemy się podzielić tylko i wyłącznie z tą jedną, jedyną osobą, najbliższą nam pod każdym względem, w swoistym wymiarze sacrum. Nie oddaje się w końcu własnego serca ot tak. Do tego potrzebne są odpowiednie okoliczności. To jest taka uczuciowa metafizyka. Pole do szerokich rozważań, dywagacji, nawet demagogii filozoficznych. Nie ma nic za darmo. Jeśli coś dajemy, nawet bezinteresownie, jeśli jest to nasze serce, uczucie, to podświadomie oczekujemy, że otrzymamy to samo od naszego adresata.
Tak naprawdę słowa mają moc, gdy płyną z głębi duszy
Takie słowa mają prawdziwą moc i siłę, tym bardziej w obliczu sfery uczuciowej człowieka...
Muszę ochłonąć, nie jestem w stanie pisać dalej...

2009/12/07

Without whitin


Naszedł mnie taki miękki, ciepły, spokojny nastrój. W stylu półmroku, trzech świeczek na moim biurku, kawy z mlekiem i tej magicznej piosenki, która kojarzy mi się w jakiś dziwny sposób z pewną jakby przeszłością, ulotnym klimatem, którego miałem okazję doświadczyć, ale którego już nigdy więcej nie będzie.
Powiem ogólnie tak, że chciałbym napisać coś, sporo czegoś, tutaj właśnie. I chociaż czuję, że to jest właśnie ta myśl, że muszę to zrobić, no, może nie muszę, ale to jest jakiś mój istotny cel dzisiejszego dnia, by to zrobić i zrobić właśnie w takim ciepłym klimacie nostalgii, romantyczności, pewnej tęsknoty za czymś niedoścignionym, to jednak nie wiem cóż konkretnie miałbym tutaj napisać.
Czuję się taki świeży, taki nowy, choć mocno zakorzeniony w tym, co było. Ale nie żyję tym, już nie. Co było, to minęło... Tak, minęło. A jednak mam wrażenie, że czasem, choć moje intencje są jak najszczersze, to to, co chciałbym przekazać, zostanie odebrane źle, jako ironia, sarkazm, jakieś wyśmianie. A ja nie chcę, by tak to było odbierane. Dlatego czasem nie piszę, nie mówię nic. Nie warto. Z drugiej strony jednak nie wiem, jak to naprawdę będzie odebrane, ale jak to mówią, przezorny zawsze jest ubezpieczony. Mam tylko głęboką nadzieję, że inni pogodzili się z tym, że ja się pogodziłem i będę w stanie utrzymać z nimi normalny kontakt. Już nawet nie mówię o przyjaźni, bo chyba nie wszyscy byliby w stanie taką myśl do siebie dopuścić, ale chociażby na stopie zwykłej, dobrej znajomości.
A teraz? Teraz właśnie "without within". Trudno mi określić samego siebie. Czuję się dobrze, nawet bardzo dobrze, a jednak, jednak znów są takie chwile jak dziś, teraz, kiedy we wspaniałym nastroju, w pewien sposób magicznym, klimatycznym, odzywa się nuta tęsknoty. I powstaje problem - wiem, że tęsknię, nie wiem za czym. Czuję, że jest to jakaś wyższa idea. Może życie w pełni, tak, jak to sobie wyobrażam? Kraków z samodzielnością, pracą, mieszkaniem. Kraków z miłością? Czy może raczej kwestia w stylu "ocean wolnego czasu, Kraków..."? Jest też szansa, że stosowna mieszanka obu tych idei.
I wiem dlaczego się ta tęsknota pojawia. Czyni to zawsze, kiedy jest cicho, spokojnie, kiedy nic nie zaprząta mi myśli, kiedy nie pędzę za życiem, za to zatrzymuję się w miejscu. Jakiś czas temu miałem czas szaleństwa. Byłem gotów poświęcić wszystko, zrobić cokolwiek, na co była ochota. Ale nie wyszło. Może to i lepiej. Tempo się spowolniło. Wszystko się uspokoiło. I zostali Ci, którzy się dla mnie liczą i dla których liczę się ja. To w sumie taka jakaś chora gra, której przez chwilę uległem. Chciałem poczuć, że żyję. Poczułem. A teraz wróciłem do błogiego stanu stagnacji, spokoju, wyciszenia. Do własnej nostalgii i tych wieczornych, magicznych nastrojów. A boli mnie jakoś tylko to, że nie mam ich z kim dzielić. A przynajmniej nie tak, jakbym chciał, czy z kim bym chciał. Ale lubię ten stan. Podoba mi się. Lubię się zastanawiać nad sobą, nad życiem, nad światem, otoczeniem. Spojrzeć na wszystko od środka i od zewnątrz. To otwiera umysł. Boję się tylko, żeby nie popaść w obojętność, pewne olewnictwo. Bardzo łatwo jest się otworzyć, wiele poznać i przestać się już dziwić czemukolwiek. O wiele trudniej jest się otworzyć, wiele poznać i za każdym razem zachwycać się czymś nowym, na nowo odkrytym, choć nadal tym samym. A tak właśnie bym chciał. Po części to mi się udaje i to mnie cieszy. To wywołuje ten błogi uśmiech przyjemności w tej ulotnej chwili zaczarowania.
No i ta nieszczęsna miłość. Sporo o niej myślę, ale żadne wnioski mi się z tego nie wysnuły. Bo właściwie jest ona, jaka jest i polemizować z nią nie ma sensu. Człowiek i tak z miłością przegrywa. W zależności od kontekstu, to, że człowiek przegrywa, może dać mu albo szczęście, albo cierpienie. To taka w sumie prawda uniwersalna. A co istotniejsze, to kwestia, która przewija się niemal w każdej dziedzinie życia. Nie oszukujmy się, chyba prawie wszystko, o ile nie dokładnie wszystko, da się zestawić z miłością. Tym bardziej, że jest ona tak różnorodna, tak obfita znaczeniowo, tak wiele kryjąca pod jednym słowem i dająca się określić dodatkowo kompletną masą innych słów, że ludzie mają czasem problem z jej pojęciem, objęciem rozumem. Ale nawet, to czy warto się nad tym zastanawiać? Czy warto rozumieć miłość? Przecież kocha się po prostu, a w dodatku tego uczucia się nie wybiera. Jeśli się kocha, robi się wszystko, by być szczęśliwym. To chyba jedyna zasada. Reszta jest tylko dopełnieniem, właściwie nieistotnym, jeśli realizuje się tą jedną, nadrzędną zasadę. Kochać, to znaczy być szczęśliwym, czyż nie? Bez względu na to, jak wiele złego się doświadcza. Ważne też, że nie należy mylić jako takiego kochania z samą jedynie wiernością, oddaniem, czy posłuszeństwem, bo w pojedynkę to już coś innego i często nie jest wzajemne.
Prawdziwa miłość... to chyba niedościgniony ideał. Coś za czym każdy tęskni. Ale coś, co chyba jednak można osiągnąć, prawda?

2009/12/04

Tony zużytych liter

Dzisiejszy dzień mi się podobał...! Był cudowny. Szczęśliwy, pozytywny... Był fajny, tak po prostu. Miałem świetny humor. Dlaczego? Bo się wszystko uspakaja, wycisza, bo się układa, bo jest dobrze, bo jest coraz lepiej. Bo inni są szczęśliwi, bo są tacy, którzy wywołują mimowolny uśmiech na mojej twarzy, bo są tacy, którzy chociaż się obrażą na dzień, czy dwa, to jednak się odobrażą.
I chociaż wczoraj dostałbym zawału serca i zaraz po tym spadłbym ze schodów, bo nogi miałem jak z waty, a ręce tak mi się trzęsły, że nie byłem w stanie niczego porządnie chwycić, to dziś było zupełnie inaczej.
I wiecie co? Chciałbym, żeby mi zależało. Na razie jest za wcześnie i to tylko takie 'pobożne' życzenie, bo wszystko się okaże w praniu.
A z drugiej strony chciałbym, żeby przestało mi zależeć. Żeby wyrzucić z siebie to wszystko, czego już nie chcę. Ale powiem wam, że jestem na dobrej drodze. Może ktoś mi w tym pomoże? ;>
Kolejna sprawa to, że komputer na razie jest sprawny. Ale bez grafiki niestety i póki co, jadę na karcie graficznej zintegrowanej z płytą główną, ale spokojnie, jak na razie wystarcza. Czekam na znak od informatyka, czy tę właściwą kartę da się naprawić, bo się trochę spaliła.
I zafarbowałem się dziś... 8 zł wyrzucone w błoto, bo dalej włosy mam czarne, tylko odrosty już nie blond, a rude.
I dołączyłem do swojej biblioteki muzycznej kawałki ściągane kiedyś dla pewnego Pana, którego z tego miejsca pragnę pozdrowić, życzyć mu szczęścia i powodzenia w życiu i nowym związku. ; ) Defekt Muzgó, Radiohead, Kawałek Kulki, czy Ptaky są całkiem do zniesienia. : )
A teraz jest mi tak jakoś miło... lekko... tak... no nie wiem, jak to jeszcze opisać, podoba mi się to. Mam ochotę na pewne spotkanie, szkoda, że nie wiem, kiedy ono będzie możliwe.
Trochę zużyłem tych literek, pisząc tak jakoś strasznie na bieżąco, na ostatnio... Ale nie wyszło ich jakoś dużo, więc te tony to takie nieadekwatne do końca. Może następnym razem spłodzę coś konkretniejszego, bardziej artystycznego, wzniosłego, kto wie...

2009/12/01

Zastanawiam się jak to jest, że muzyka potrafi przekazać tak ogromne emocje, może być tak cholernie nacechowana emocjonalnie... I nie mogę pojac tego fenomenu... Nawet, kiedy sam go doświadczam. Lady Pank - Zawsze tam gdzie ty... nie wiem, czy taki jest własciwy tytuł, ale chyba wiadomo, o jaką piosenkę chodzi... Ta piosenka kojarzy mi się idealnie, wspaniale, najlepiej jak można... Ale teraz, teraz te dobre i wspaniałe wspomnienia bolą. A ta piosenka jakoś mnie prześladuje, słyszę ją ostatnio wyjątkowo często... Wspomnień z nią związanych nigdy nie zapomnę... Bo do tej pory były najwspanialszymi w moim życiu i nie zapomne ich dlatego, że były pierwszymi takimi w mojej krótkiej historii. Wtedy chciałem ją śpiewać i nie byłem w stanie, w oczach miałem łzy szczęscia a głos mi się załamywał... Teraz już tylko z wilgotnymi oczyma zatrzymuję się i wysłuchuję jej do końca, bo choć boli, to jednak jest symbolem dobra i szczęścia, dla mnie ofc. I staram się, aby nikt nie zauważył jak wielkie emocje wtedy się we mnie budzą....
I z niepokojem każdego nowego dnia odczuwam, że to, co czułem, co nadal czuje było i jest szczere i prawdziwe i że nie było słowami rzucanymi na wiatr. Jest mi to nie na rękę, bo wymaga to o wiele większego wysiłku, aby się z tym zmierzyć i to przezwyciężyć, tego niestety nie da się zapomnieć tak po prostu, jak mi się to udało za pierwszym razem. Za drugim, znaczy się, bo teraz jest trzeci.
No cóż... Taki już ze mnie masochista emocjonalny... Lubię nostalgię i melancholię, lubię się dobijać przywoływaniem symboli z tych dobrych i szczęśliwych chwil, wspomnień, etc., mimo to, że niby nie powinny budować i pomagać... Ale jakoś daję radę. Wciąż mam nadzieję, choć teraz na to, że uda mi się zbudować własne szczęście. I, że ten Pan, z którym nie dawno chciałem to zrobić, a który nam na to nie pozwolił, także będzie szczęśliwy i zapomni o tym, o czym powinien już dawno. Żeby już nie musiał ranić, bo i to jest ciężkim przeżyciem, jeżeli nie chce się tego robić, a nie ma się wyjścia.
Szczere życzenia. I spokojne.
Naprawdę.

PS. Komp dalej zepsuty, przepraszam za błędy, bo pisałem szybko w bibliotece.

2009/11/28

Ja...

Chcę wszystkich poinformować, że zepsuł mi się komputer. Nie wiem, czy uda mi się go naprawić, czy nie, a jeśli nie, to czy będę mieć jakiś inny, nowy, bądź stary, nie wiem. W każdym bądź razie, nie będę w stanie pisac tutaj, jak zamierzałem, w najbliższym czasie, być może i trochę dalszym. Ale jeśli tylko mój stan sprzętowy powróci do normy, będę pisać tu dalej. : )
To przeczytania kiedyś ;*

2009/11/26

Ze szkoły

Siedzę właśnie w szkole... Zastępstwo - TI zamiast angielskiego. Nie wiem czemu ale wszyscy siedzą na NK. Oprócz mnie. Jakoś mnie nie ciągnie na ten portal. Są ciekawsze rzeczy np. Blogger. A na biologii napisałem wiersz. Niby miałem juź nie pisać, ale chyba lubię męczyć innych swoim grafomaństwem. I mam jeszcze jeden, ale nie napiszę go tu, dopóki nie będę mieć dedykacji. ; )

Ekspresja
to realizowanie informacji genetycznej
nie ma mowy o uczuciach
nie ma dla nich miejsca
Ekspresja
to realizowanie
nie ma mowy o planach
to tylko puste mrzonki
Ekspresja
to wyrażanie siebie
to tylko biologiczny element genetyczny
nikt tu nie myśli o człowieku
człowiek się nie liczy

2009/11/25

Ja i Twardowski

Ja, Nic więcej
Mam na imię Mateusz
jestem gejem
nie powiem nic więcej
bo wyjecie i gwiżdżecie

nie powiem nic więcej
bo gdy wyszedłem
napadli mnie i skręcili kark


Jan Twardowski, nic więcej
Napisał "MÓJ Bóg" ale przekreślił, bo przecież pomyślał
o tyle mój, o ile jestem sobkiem
napisał "Bóg ludzkości" ale ugryzł się w język, bo przypomniał
sobie jeszcze aniołów i kamienie podobne w śniegu do królików
wreszcie napisał "Bóg". Nic więcej
Jeszcze za dużo napisał

2009/11/24

Miłość gorzka, jak filiżanka ciemnej kawy

Po pierwsze primo:
Halina Poświatowska, ***
Jestem Julią
mam lat 23
dotknęłam kiedyś miłości
miała smak gorzki
jak filiżanka ciemnej kawy
wzmogła
rytm serca
rozdrażniła
mój żywy organizm
rozkołysała zmysły

odeszła

Jestem Julią
na wysokim balkonie
zawisła
krzyczę wróć
wołam wróć
plamię
przygryzione wargi
barwą krwi

nie wróciła

Jestem Julią
mam lat tysiąc
żyję

Po drugie primo:
Jakiś czas temu dostałem prezent. Był, co prawda, używany, ale to tylko zwiększało jego wartość, był i tak w idealnym stanie. Ten prezent był moim największym marzeniem. Nigdy o niczym tak bardzo nie marzyłem. Kiedy marzenie się spełniło, byłem wniebowzięty. To było największe szczęście, namacalne, prawdziwe, życie nabrało kolorów, radości. Mogłem się wreszcie nazwać szczęśliwym człowiekiem. Nie potrzebowałem niczego więcej. To było wszystko, czego oczekiwałem od życia. I oczywiście nie mogło to trwać wiecznie. Ktoś kto podarował mi ten prezent, odebrał mi go, może nie brutalnie, ale dość stanowczo.
Los niestety nie umie się zdecydować. Jak śpiewa Anna Bursztyn "nic nie może przecież wiecznie trwać, co zesłał los, trzeba będzie stracić...". Straciłem. Prezent nie nadawał się już do używania. Okazało się, że zbyt duży wpływ mieli na niego poprzedni właściciele, użytkownicy.
Zabolało najbardziej, kiedy zobaczyłem, że ten sam podarunek otrzymuje ktoś inny, kogo zresztą znam. Zabolało najbardziej, ale było to rzeczą najbardziej oprzytomniającą. W momencie otrząsnąłem się z tego, co mnie dręczyło. Taka niesprawiedliwość w sumie. Ale teraz nie ma to już dla mnie takiego znaczenia, jak wcześniej. Teraz mogę już szczerze życzyć owemu znajomemu udanego korzystania z dobrodziejstw wspomnianego podarku (o, jak się dziwnie złożyło... "po-Darku"). Mam nadzieję, że wykorzysta je w odpowiedni sposób, pomnażając swoje szczęście. Będzie mi miło, jeśli tak się stanie. Naprawdę. Nie żywię żadnej urazy, żadnego żalu, nie potrafiłbym tak i nie widzę sensu. Nie chcę truć siebie i innych. Chcę, żeby było po prostu dobrze. Chcę móc spokojnie i na nowo zbudować własne szczęście.
Moje uczucia się nie zmieniły, wciąż są takie, jakie były, szczere, może o mniejszej sile, co chyba naturalne. Ale najważniejsze jest to, że nauczyłem się z nimi żyć. Dzisiejszego ranka, ale poradziłem z tym sobie. To, co najgorsze minęło. Teraz niech już będzie tylko lepiej. Niech będzie dobrze.

 I po trzecie primo:
Agnieszka Chylińska, Ostatnia łza
To ostatnia łza, wiec nie liczę jej
Mam misterny plan, by nie patrzeć wstecz
Słowo daję że, odmienię swój los
Nie powstrzyma mnie twój ponury głos, twój głos

Najwyższy czas pokazać twarz,
Czy zaufasz takiej mnie
A jeśli nie, to, co zrobić mam, byś uwierzył, że to ja?
Opuścił mnie strach, przespałam zły czas,
Chcę znów kochać, chcę się śmiać
Ostatnia łza, to ostatnia łza.

Może zmieniam się nie tak jakbyś chciał,
Tamtej dawnej mnie już nie będziesz miał,
To ostatnia łza, wiec nie liczę jej,
Patrzysz na mnie, a ja uśmiecham się.

Odpuszczam sobie wszystkie winy.
Dla ciebie też już serce mam.
Pozwalam zostać ci czym zechcesz.
Dlatego ty też pozwól mi.

Coś jeszcze bym tu chciał, ale już nie wiem co...

Au revoir.

2009/11/23

Bardzo cicha noc

Dziwnie się czuję. Przyznaję to otwarcie. Nie jest mi źle, jest mi tak jakoś miło, spokojnie i fajnie... ale jednak nie dobrze. Nie potrafię tego określić. Może nostalgicznie? Troszkę popłynąłem na fali komercji, ale chyba i taką miałem gdzieś w środku nieokreśloną ochotę. Mianowicie wsłuchuję się w święta. To, że są dopiero za miesiąc to inna kwestia. Ale reklamy, broszurki, TV powoli przesiąkają klimatem świąt. Ot choćby świąteczna reklama kawy (a, że od kilku lat jest dokładnie taka sama... to inna sprawa), która była dzisiejszym moim impulsem do krótkiej penetracji Internetu w poszukiwaniu piosenki wykorzystanej we wspomnianej reklamie - Let it snow, pod linkiem wersja instrumentalna, ale też ma swój urok. A później jakoś tak poszło, że po chwilowej irytacji połączonej z łagodnym zbulwersowaniem się na mój zawsze i wszędzie śmigający komputer załączyłem sobie moją ulubioną składankę świąteczną "Święta Święta 2". To jest dopiero urok i klimat. Jak już u mnie w głośnikach leci to wydawnictwo, to już musowo idą święta. Na razie jednak spokojnie majaczą na horyzoncie.
Jest taka piosenka "Bardzo cicha noc", którą śpiewa pan Rynkowski, jest ona częścią owej składanki. To chyba najbardziej oddziałująca na mnie piosenka. Niby są inne, które więcej łez wyciskają, ale one zazwyczaj dotyczą spraw bieżących, chwilowych... Bardzo cicha noc dotyka jednak kwestii bardzo głębokiej, rzekłbym że wręcz stałej i uniwersalnej na mojej płaszczyźnie. I właściwie wciąż nie mogę z tym dojść do ładu. Pisałem już o tym na blogu, w bardziej lirycznej formie. Z jednej strony żałuję tego, że jego już nie ma, nie będzie, z drugiej strony wiem, że gdyby żył, byłbym kimś zupełnie innym. Co gorsze, byłbym w zupełnie innym miejscu swojego życia. A tego bym nie chciał. Dobrze mi tak, jak jest, pasuje mi ta sytuacja mimo wszystkich jej minusów. Pewnie wtedy nie byłoby takich problemów, jakie są dziś, ale nie dbam o to. Mimo, że nie jestem szczęśliwy, wiem, że mam szansę na szczęście, prawdziwe i poważne. I mimo to, to wspomnienie wciąż jest smutne i myślę, że inne już nie będzie. Jednak był tym, kogo zawsze brakowało. Tym kimś, kto miał tu być, ale nie mógł. Zapewne żyjąc, nie zaakceptowałby mnie takiego jakim jestem teraz, czy w innej formie, choć podobnej, bo przecież pisałem już, że nie byłbym tym, kim jestem, ale teraz, jeśli jest gdzieś tam w eterze, mam nadzieję, że jest ze mnie dumny. Że się nie poddaję, że staram się zawsze chodzić z podniesioną głową.
W ilu domach będzie dziś
puste miejsce blisko drzwi,
zdjęcie w ramce, kartka, list,
zamiast tych, co tu nie mogą być.
Poza tym wszystkim jestem dziś po zajęciach tanecznych, niezłym wycisku. Uwielbiam czuć na sobie presję, że nie skończymy, póki ja nie zrobię tego dobrze. I chciałem pewnie jeszcze coś napisać, ale już zapomniałem co, więc nie napiszę. Kolejne refleksje pewnie w kolejnych postach.
Chciałem tylko dodać, że piszę to wszystko dla siebie i w równym stopniu dla Was, którzy to czytacie. Czasem jednak wątpię, czy właśnie ktokolwiek to czyta. Ale to insza inszość.

2009/11/22

Close your eyes...

Mam ochotę zniknąć ze świata. Nie mówię tutaj o żadnym samobójstwie, czy czymś w tym rodzaju. Chciałbym się tak po prostu rozpłynąć. Pójść gdzieś, pójść z kimś i "to vanish into world". Nie mieć już żadnych problemów, żadnych smutków, odciąć się od wszystkiego. Mieć święty spokój. Ogólnie w tym wymiarze dużo rzeczy bym chciał. Kwestia tego, kto będzie w stanie to docenić. Kto chciałby tego samego co ja? To nie jest łatwe. Tak jak łatwa nie jest dla mnie samotność? Nie lubię samotności. I owszem, są tacy, którzy całe życie mogą być singlami, ale mnie takie życie nie kręci. Ja tak nie potrafię. Potrzebuję stabilności, stałości, potrzebuję kogoś, kto mi to zapewni. Nie mówię, że chcę całe życie siedzieć w domu. Nie wykluczam tutaj jakiegoś szaleństwa, życia na maksa, ta stałość i stabilność to kwestia tego, bym zawsze i wszędzie mógł na kimś polegać. By mieć prawo powiedzieć kilka ciepłych słów, by mieć możliwość, by ot tak, bez żadnego powodu konkretnego kilka takich słów samemu usłyszeć.
Najlepsze jest to, że myślę, że mógłbym się zmienić. Mógłbym się dostosować do nowych warunków. Zaszaleć w swoim życiu, stać się takim typowym singlem, który nie przywiązuje wagi do wspólnego życia, że może by chciał, ale w sumie to po co, bo dobrze jest jak jest. Ale na ile byłbym wtedy sobą? To byłaby bardzo poważna zmiana, dotycząca praktycznie wszystkich aspektów mojego życia. Nie byłbym wtedy tym, kim jestem teraz. Byłbym więc inny. A ja nie chcę być inny. Pasuję sobie samemu taki, jaki jestem. To, że czasem innym nie pasuję? Ich problem. Czuję się dobrze sam ze sobą, zazwyczaj. To i owo bym zmienił, ale nic diametralnie, raczej drogą naturalnej ewolucji niż wymuszonej rewolucji. Kwestia tego, że nie do końca spełniam wymagania dzisiejszego świata jakoś mało mnie obchodzi. Myślę, że należę do swoistej niszy osobowości, charakterów. Coś, co cieszy się uznaniem w wąskiej grupie odbiorców, którymi w tym wypadku są moi przyjaciele. I muszę przyznać że jest mi z tym niezwykle dobrze. Może trafi się ktoś jeszcze zainteresowany. Ja się nie ograniczam. Przyjąć mogę każdego.


Mam ochotę na filiżankę ciepłej kawy z mlekiem, albo kakao. Na dobrą muzykę, taką klimatyczną. Na wygodną kanapę. Na interesujący charakter i zajmującą rozmowę o wszystkim, która mogłaby trwać długo, długo i jeszcze dłużej.
Mam ochotę na coś romantycznego. I żeby się w czymś zatracić. Odnaleźć jakiś sens, jakąś ideę.
I boli trochę to, że żadna z tych rzeczy się nie spełni. A szkoda. Może by mnie to jakoś podniosło na duchu. A wręcz na pewno. Ale cóż, to, co by się chciało, zazwyczaj jest nieosiągalne. Już kilka razy się o tym przekonałem, szkoda, że tak boleśnie.
I liczy się jeszcze to, że jest coraz lepiej. Co nie znaczy, że będzie dobrze, bo tak jeszcze długo nie będzie. Ale każdy dzień może być lepszy od poprzedniego. Na razie tak chyba właśnie jest.
Trzymam kciuki za samego siebie, może to coś da. ; )

Dywagacje

Każdy nowy dzień rodzi nowe paranoje... Jak to śpiewa Pidżama Porno. Dla mnie właśnie zaczął się nowy dzień. A paranoje? Jakieś się też pojawiły. Głównie dlatego, że myśli, które od dawna krążyły mi w głowie, oczywiście nie wszystkie, ale część z nich, wyraziłem w konkretnych słowach, zdaniach. To zaś pomaga uświadomić sobie wagę i znaczenie takich myśli.
O konkretach nie chciałbym akurat pisać, są zbyt osobiste, a tego bloga w żaden sposób nie ukrywam. Jak to jednak w życiu bywa, osią wszystkiego jest miłość. U mnie jest to miłość i samotność. Te dwie kwestie połączone w jedną bywają czasem bardzo niebezpieczne, pustosząc pokłady pozytywnej energii i takichże myśli, pomysłów, etc. Nie mam jednak innego wyjścia, jak iść dalej przez to marne, jak wydaje mi się w takich chwilach, życie. Wyznaję zasadę, że podniesiona głowa, wyprostowane plecy i szczery uśmiech na twarzy to już połowa sukcesu przy mierzeniu się z problemami.
A, że ja, to ja, to nie potrafię żyć inaczej niż z uśmiechem na twarzy. Kiedy on z niej znika, to znaczy, że już jest bardzo, bardzo źle. Jakiś czas temu tak właśnie było, ale chyba z każdym dniem jest już coraz lepiej. Myślę, że to jest pewna istota mojej osobowości. Myślę, że nie muszę dużo mówić, że nie muszę być jakoś aktywny towarzysko. Myślę, że wystarczy tylko, że jestem, że się uśmiecham, że potrafię pocieszyć i każdemu pomogę, jeśli tylko będę w stanie i taki ktoś będzie chciał. Choć wbrew pozorom jestem raczej introwertykiem. Niby otwarty jestem na wszystkich i tak też jest, nie ograniczam się na nikogo, to jednak dostęp do mojego prawdziwego wnętrza mają tylko nieliczni. Naprawdę nieliczni, bo takich osób jest teraz może 3, albo 4... To są właśnie przyjaciele. Wróć. To są Przyjaciele. Osoby, które dla mnie są niezwykle ważne, których za nic w świecie nie chciałbym stracić.
Przyjaźń to dla mnie ogromnie poważne słowo. Myślę, że w odpowiedni sposób doceniam jego wartość. Uważam, że prawdziwa przyjaźń jest wieczna. Nawet, jeśli są jakieś dołki, niepowodzenia, porażki, nieporozumienia, etc. to to jest nic dla przyjaźni, która bez problemu powinna takie rzeczy przetrwać. No, może nie zawsze bez problemu, ale zawsze przetrwa.
I jeśli miłość oparta jest na takiej przyjaźni, to jest to miłość prawdziwa i idealna.

2009/11/21

Just hold me...

And why can't you just hold me
And how come it is so hard
And do you like to see me broken
And why do I still care

Poor little misunderstood baby
No-one likes a sad face
But I can't remember
life without him
I think I did have good days
I think I did have good days




Tak już mam, że trudno mi się odciąć od tego, co było mi bliskie, ale już być nie może.
Wracam.
Postaram się tworzyć dalej. Może mi się uda.
Może znów się czegoś nauczyłem.

Na pewno.

2009/09/05

Ja lubię.

Dużo się stało, chyba za dużo. Muszę odpocząć. Dlatego też w najbliższym czasie, może nawet i dalszym, publikować tutaj niczego nie będę. Muszę oswoić się z nową sytuacją, zrozumieć. Może wtedy. Tymczasem skupię się na swoim fbl.
Dzięki za uwagę.
Do przeczytania, kiedyś.

2009/08/09

W Sieci

Czym jest istota bloga? Po co piszemy? Żeby wyrzucić w eter swoje myśli, emocje? Czy może, żeby się nimi z kimś podzielić? Z kim? Przyjaciółmi, znajomymi, obcymi, wrogami, czy ze wszystkimi na raz? Kiedy blog przestaje być blogiem, a zamienia się w grafomaństwo? To dla mnie oczywiste, że w każdej kulturze obowiązują pewne zasady, normy, społeczność objęta jest pewnym wzorcem savoir-vivre. Nie każdy ma jednak tego świadomość. Brak tej świadomości nie jest zły. Tylko co, jeśli zostanie przekroczona pewna granica? Kiedy blog nie będzie już miejscem dzielenia się czymś, a narzucania tego. Niemniej jednak mamy prawo wyboru, demokrację, wolność i inne tego typu bajery. Zawsze możemy wyłączyć stronę, która nam nie odpowiada, i więcej już tam nie wchodzić. Tu rodzi się jednak poważny problem.

Mamy do czynienia w tej chwili z nową generacją społeczeństwa. Znaczy się, z młodym pokoleniem. W pewnym stopniu sam do niego należę, jednak faktem jest, że coraz młodsze dzieci mają wcale bądź mało limitowany dostęp do komputera i "anonimowej" Sieci. Ciekawe więc, ilu rodziców uświadamia swoje dzieci o wszelkich niebezpieczeństwach tego starego już wynalazku, jeśli idzie o rozwój dzisiejszej techniki. Kiedyś był telewizor. Dzisiaj to komputer zaczyna pełnić rolę niańki. Pełno multimediów, których próżno szukać w telewizji gdzie obowiązuje ścisła ramówka, a w dodatku większość jest interaktywna, o czym, w przypadku tv, nie ma nawet mowy. No, oczywiście pełno jest akcji reklamowych mających na celu uświadamianie zagrożeń Internetu. Kiedy 30-latek pisze, że ma 15 lat, to już może być pedofilia. A kiedy 15-latek (bądź młodsze dziecię) pisze, że ma 30? Bo to chyba też jest nie w porządku. O tym się już nie mówi. A jest to zjawisko bardzo powszechne. Wiem po sobie, że choć sam nie mówiłem ile mam lat, po rozmowie ludzie oceniali mnie czasem nawet na 30, kiedy w rzeczywistości miałem 13, to wcale ich z tego błędu nie wyprowadzałem. Sam Internet staje się już powoli Second Life. Właściwie, to już jest. Można zrobić w Internecie wszystko. Zrobić dowolne zakupy, składać najróżniejsze dokumenty do urzędów, rozliczać podatki, uprawiać seks. Nawet pieniędzy jest do wyboru, do koloru. Mając tyle możliwości, trudno się w tym nie zatracić. Trudno wciąż pozostać sobą, zachować własną godność. No i gdzie miejsce na kulturę? Kulturę osobistą. Nie ma chyba sposobu, aby uchronić się przed chłamem i flamem. A nie, jednak jest. Zawsze Internet można wyrzucić przez okno, jak mawia jeden z moich nauczycieli. Czasem byłby to najlepszy pomysł. Czasem. Bo są jeszcze takie miejsca jak blogi, które wciąż trzymają poziom. Rzetelna informacja, równie dobra redakcja, zazwyczaj jednoosobowa, czytelnicy, którzy mają pojęcie o świecie i swoim poziomem dorównują stronie, którą komentują.

A reszta? Reszta jest tylko środkiem do osiągnięcia celu.

Chyba nie o to mi chodziło.
Ale notka jest, trochę chaotyczna i zagubiona,
ale co tam...

2009/07/26

I surrender

Tak dużo jeszcze muszę przeżyć,
A ten ogień wciąż płonie...
Tak się zastanawiam, czym jest miłość... Szczęściem? Cierpieniem? Beztroską? Bólem? Czy też może bezkresnym uzależnieniem i tym wszystkim w jednym? Jak bardzo bolesna jest świadomość, że tak mało jeszcze doświadczyliśmy od życia, kiedy równocześnie zdaje nam się, że jesteśmy na dnie, przygnieceni przez wszystko, co złe w naszym życiu, myśląc, że gorzej być nie może i uświadamiając sobie, że jednak może, że gdzieś tam czeka nas pewnie jeszcze gorsze załamanie. A najboleśniejszy jest fakt, że wcale nas to nie pociesza. Niemniej jednak ta myśl trzyma nas przy życiu, daje światło nadziei, że będzie lepiej, może przez chwilę tylko, ale będzie lepiej. Musimy odczuwać ból. To znak, że wciąż żyjemy. Że wciąż mamy coś do zrobienia na tym ziemskim łez padole. Ciekawe tylko, czy ktoś może nam w tym pomóc? Myślę, że tak, że jest to osoba dla nas najważniejsza, życiowy partner, czy największy przyjaciel, nieważne. Ważne, co dla nas znaczy i co reprezentuje.
Kiedy widzę, jak na mnie patrzysz,
Myślę, że mógłbym znaleźć siłę,
By opisać każde marzenie.

Teraz tylko pozostaje pytanie: miłość, czy przyjaźń? Ja sam zbyt jestem spragniony bliskości, by wybrać przyjaźń, dlatego tak długo będę szukać miłości, póki jej nie znajdę. Miłość dla mnie jest motorem napędzającym moje życie. Poszukiwanie jej, kiedy już ją odnajduję, rozbudzanie jej, pielęgnowanie i pilnowanie, aby nie przygasła. Miłość, choć nie szukam jej usilnie, za wszelką cenę, to jednak daje mi siłę, moc, by spełniać to, co dla mnie najważniejsze. A co jest dla mnie najważniejsze? Miłość. Sama jej wartość daje mi pewne poczucie spełnienia, pozwala mi odnaleźć jej właściwą formę. Wartość miłości i znalezienie jej właściwej formy daje mi prawo do uznania drugiej osoby za cały mój świat, daje mi prawo zamiany dnia z nocą, nieba z ziemią, jego ze mną. Miłość stanowi bowiem doskonały akt syntezy, z dwoistości tworzy jedność, niepodzielną, a jednak niezależną od samej siebie. Miłość daje potęgę, siłę, która pozwala iść przez życie z podniesioną głową, z uśmiechem, z pewnością siebie. To, że ludzie uważają moją miłość za występną, nie mającą prawa bytu, nie ma dla mnie znaczenia, bo to nie ludzie się liczą, to liczy się uczucie i człowiek, którym go darzymy.
I opuść ten niezachwiany świat,
I zaniechaj strachu o to,
Co mogłoby się stać, gdyby dowiedzieli się,
Że zakochałem się w tobie

Nie wolno nam się przejmować tym, co ludzie sądzą na nasz temat. To nas niszczy, wprowadza w nas samych anarchię. Chcemy, by widzieli nas jak najlepiej. Stajemy się więc tacy, jakich chcą nas widzieć. Przestajemy być sobą. Boimy się, że ktoś dowie się o tym, kim jesteśmy naprawdę. To przykre. I bardzo boli. Tym bardziej, kiedy człowiek zdaje sobie sprawę, że całkowicie wbrew swojej woli jest częścią całego tego systemu opiniowania w ludzkim społeczeństwie. Z drugiej strony trzeba mieć cholerną odwagę, czasem zakrawającą na bezmyślność, czy szaleństwo, żeby publicznie być sobą, by nie chować niczego, nie zamiatać pod dywan, nie bagatelizować. Miłość homoseksualna jest doskonałym tego przykładem. Ludzie boją się tego, czego nie znają. Nie znają homoseksualizmu, dlatego się go boją. Z kolei to, czego się boją, chcą zniszczyć, jest to naturalna reakcja na strach, człowiek chce zniszczyć to, co wywołuje u niego strach, jednocześnie nie chcąc mieć z tym nic wspólnego. Dlatego gromadzi w sobie agresję, skierowaną w kierunku tego, czego się boi. Dlatego okazuje tą agresję i wyładowuje ją na tym, czego się boi. Często zaślepiony jest swoją agresją, czy innymi negatywnymi uczuciami i nie chce zrozumieć prostych prawd. Nie przyjmuje to wiadomości, że homoseksualiści to ludzie, jak wszyscy inni. To, że wolą własną płeć? A to, że ktoś woli blondynki od brunetek? Ta sama kategoria. Ale życie wymaga. Szczególnie i mocniej wymaga od tych, którym z natury jest trudniej. Czyli w tym wypadku od homoseksualistów...
Przyjąłbym na siebie wszystko,
By poczuć szansę na nowe życie.
Przybywam do ciebie.
Wiem, że możesz poczuć to samo.
Jednak w imię miłości można zrobić wszystko. Doznać największych cierpień, niewysłowionego bólu. W imię miłości można znieść wszystko. Tylko jak długo? Ile tylko będzie trzeba. Miłość daje siłę, by przetrwać wszystko. Tym bardziej, kiedy jest odwzajemniona. Kiedy kochasz i jesteś kochany, możesz wszystko. Nie ma wtedy żadnych granic. Czasem jest tak trudno, czasem jest tak źle, że nie widzi się już światła nadziei, które tli się w każdym sercu. Ale nie szkodzi. Czasem po prostu potrzeba czasu by zobaczyć to wszystko, by poczuć siłę by walczyć ze światem. Najtrudniej jest przyjąć na siebie wszystko z pokorą, ale dumnie uniesioną głową. I to się wcale nie gryzie. Bo taka duma, nie ma nic wspólnego z pychą. Ta duma wspomaga naszą miłość, daje nam poznać własną wartość, którą często zaniżamy. Uniesiona głowa to gotowość to stawienia się oko w oko z problemem, to duma z siebie i drugiego człowieka, duma z bycia razem, duma z tego, co się prezentuje, co jest słuszne i prawdziwe, co można przeciwstawić problemowi i tym go pokonać. Bo strach tylko nas osłabia. Ważne jest, by nie być samemu.
Dokonamy tego
Dzięki tysiącom marzeń, którym wciąż wierzę.
Sprawiłbym, że dałbyś mi wszystko, co należy do nich.
Trzymałbym cię w moich ramionach i nigdy nie puścił.
Poddaję się...
Jednak są chwilę, gdy tak trudno jest wciąż wierzyć. Czy aby na pewno są one złe? Czy może też jest to potrzebna każdemu z nas chwila wyciszenia? Trudno jest kochać. Trudno jest kochać w ogóle, a co dopiero kochać drugiego mężczyznę (czy kobietę, jeśli na moim miejscu postawić kobietę). Człowiek chce się czasem poddać, bo niestety, ale marzenia nie załatwią wszystkiego. Mogą pomóc, mogą też dać siłę, ale nie załatwią wszystkiego. Można przetrwać kryzys razem dzięki marzeniom, dzięki pragnieniom, dzięki samemu pragnieniu przetrwania. Albo dzięki pragnieniu miłości, często zabójczym, nie do opanowania. Ale to nic złego, kiedy człowiek nie ma siły. Oznaka słabości? Niedoskonałości? Może, ale każdy ma do tego prawo. Ja nie chcę się poddawać. Albo inaczej... Przyjmę na siebie wszystko, byleś tylko był ze mną. Służalczość, czy poświęcenie? Trzeba pamiętać, by nie zatracić własnej godności. Jeśli człowiek straci swą godność, przestaje już być człowiekiem. Ale z drugiej strony nie jest tak łatwo pozbyć się godności. Nawet, kiedy pragnienia są silniejsze niż rozsądek.
Wiem, że nie przeżyję
Kolejnej nocy bez ciebie.
Jesteś powodem, dla którego wciąż trwam.
Czasem pragnienia nas przerastają. Bo czy miłość nie jest właśnie pragnieniem? Ale co wtedy? Wtedy trzeba poświęcić samego siebie. Oddać się temu pragnieniu, niech robi z człowiekiem, co chce. A kiedy nas już przemieli i wyrzuci z powrotem, będziemy czyści i spokojni. Będziemy kochać, jeśli byliśmy na tyle silni, by przetrwać razem z uczuciem. I będziemy piękni. Bo miłość czyni wszystko pięknym. Dlatego właśnie sprawia, że mamy po co żyć. Dla drugiego człowieka. Bez względu na wszystko. Musimy trwać, żyć dalej, budzić się każdego dnia, stawiać kolejny krok, dla niej, czy dla niego. Dzięki miłości.
A teraz potrzebuję żyć prawdą.
Właśnie teraz, nie ma lepszej chwili.
Z tego strachu będę tracić wolność
I znów będę żyć z miłością,
I nie, nie będą w stanie odebrać mi tego.
[next reflection]
Każda noc staje się coraz dłuższa
I ten ogień staje się większy, kochany.
Przełknę swą dumę i przeżyję.
Nie potrafisz usłyszeć mego wołania.
Przyjmę na siebie wszystko.
[next reflection]
Tylko tu i teraz,
Daję nowe życie, by znowu żyć.
Będę tracić wolność, zabierz mi
Wszystko co mam, wszystko ci oddaję.

[last reflection]


2009/07/22

Secret...

...Secret Garden...

Czuję się bardzo dziwnie, tak, jak jeszcze nigdy się nie czułem. Jestem szczęśliwy. Taak... to chyba dobre słowo. A jednak słucham muzyki nostalgicznej, przygnębiającej. Dlatego jestem jeszcze bardziej szczęśliwszy... Paradoks, prawda? Ale może to dlatego, że muzyka jest piękna, a to co piękne daje mi to szczęście, przede wszystkim człowiek, uczucia, emocje, słowa i milczenie. Staruszek Świat nie jest jednak taki zły. Czasem docenia nasze starania i pozwala poczuć się błogo.

W zamyśleniu ten blog miał być obrazem mojej twórczości. Jakieś tam grafomaństwo z tego niby wyszło. Ale ogólny cel został zmieniony. W końcu wszystko się zmienia, ja, Wy, świat... Panta rei, jak mawiał Heraklit, ponoć. Dlatego zmienia się też ten blog. Niedawno zmieniłem skórkę, teraz zmieniam jego oblicze jako takie.

Nie jest to już MÓJ blog. Teraz jest to NASZ blog. Nasz, czyli mój (Vetoksa) i Zaana. To właśnie pragnę ogłosić wszem i wobec, przy dźwiękach Pieśni z tajemniczego ogrodu. Nie wiem czy ta decyzja kosztowała mnie dużo, czy mało, czy jest słuszna, czy nie. Wiem za to, że wspomniany Zaan stał się najważniejszym dla mnie człowiekiem, dlatego postanowiłem się podzielić z nim tą własną, prywatną, w pewnym wymiarze nawet intymną przestrzenią w sieci.

Od tej pory więc, zawartość tej strony będziemy kreować razem. Kto wie, co z tego wyniknie? ;)

Życzę więc przyjemnej lektury nie tylko moich literek, ale i Zaana.

2009/07/21

Porozmawiamy?

- Porozmawiamy? - Spytał nieśmiało Pierre.
- Nie... Pomilczmy... - Szepnął Mikołaj, opierając głowę na ramieniu towarzysza.
- Hm? Może jednak o czymś pogadamy?
- Nie, pomilczmy. Pomilczmy o wszystkim, o niczym, o mnie, o tobie. Pomilczmy też o nas.
Pierre był już dorosłym mężczyzną, ukończył dwa kierunki studiów na prestiżowych światowych uczelniach, był rozchwytywanym specem przez największe korporacje Europy Zachodniej i Środkowej. Całe jego doświadczenie, cała wiedza nie przeszkadzały mu wciąż zadziwiać się nad tak bardzo złożoną prostotą osobowości Mikołaja, młodego mężczyzny, kończącego studia prawnicze, a nawet niezaprzątającego sobie głowy ambicją ukończenia aplikacji. Znali się od ponad dziesięciu lat. Kiedy Pierre przyjechał pierwszy raz do Warszawy na zaproszenie dyrektora polskiego konsorcjum, wraz ze swoją żoną, z którą był zaledwie kilka miesięcy po ślubie, poznał na wystawnej kolacji nie tylko swego gospodarza i jego żonę, ale również ich dzieci. Małą Anetkę i wchodzącego w okres dojrzewania Mikołaja. Pierre zdecydowanie nie lubił dzieci, niemniej skutecznie ukrywał przed dyrektorem krzywe spojrzenia skierowane w stronę Anetki. Co innego Mikołaj. Cichy, spokojny, zamknięty w sobie młodzieniec był nadzwyczaj inteligentny. Jego oczy, jego postawa, jego oczy...Ah... Tak wspaniale zielone jak soczysta trawa na Polach Elizejskich. W każdym razie nic nie wskazywało, że jest tam na siłę, doskonale orientował się w sprawach firmy prowadzonej przez ojca, a także w zakresie obowiązków Pierre'a. A nie mógł mieć więcej jak czternaście lat. I było w nim coś, co przykuwało spojrzenie jeszcze studiującego, przyszłego finansisty o światowej sławie. Mikołaj patrzył bowiem tak, jakby znał gościa od wielu, wielu lat.
Bo i owszem, tak właśnie było. Pierre był specyficznym mężczyzną, równie dobrze zza biurka, komputera i sterty papierów, które dostarczały mu tysiące franków, dolarów, a później euro, mógł przenieść się na ekrany kin jako amant dorównujący urodą największym gwiazdom. Mikołaj zawsze lubił liczyć, liczył wszystko, co miał. Dopóki nie poznał Pierre'a. Kiedy zobaczył go tamtego wieczora, jeszcze nie był tego świadomy, ale liczył już tylko dni, tygodnie, miesiące, żeby znowu go zobaczyć. Zawsze wymyślał jakiś odpowiedni pretekst, by towarzyszyć ojcu w podróżach do Paryża na spotkanie z monsieur de Montalembert, czy też wkręcać się w nie w Warszawie. I choć Pierre nie był tego świadom, dzięki niemu Mikołaj zakochał się we Francji. Młodzieniec wymusił na ojcu najlepsze kursy francuskiego i zanim jeszcze znalazł się w liceum, jeszcze nie perfekcyjnie, ale już biegle mówił w tym języku. Pierwszy rok w szkole średniej minął pod znakiem kryzysu. Rodzice wzięli rozwód, ojciec został na kilka miesięcy przykuty do łóżka ze względu na poważne powikłania po zapaleniu płóc. Mimo to Mikołaj ukończył pierwszy rok z wyróżnieniem, razem z kolejnymi kursami francuskiego. Na szczęście ojciec wyszedł z choroby i w drugiej klasie Mikołaj mógł pojechać na wymianę uczniowską do Francji. Spędził tam cały semestr, do perfekcji opanowując język swej dotychczasowej miłości - Republiki Francuskiej. Trzecia klasa? Pestka. Wygrał Olimpiadę Języka Francuskiego oraz zajął wystarczające miejsce w Olimpiadzie Historycznej, aby i z historii nie pisać matury. Reszta zaś była najmniejszym problemem. Skupił się na firmie ojca, którą miał przejąć za kilka lat, po zakończeniu studiów. Okazało się, że konsorcjum rozciągnęło swoje wpływy na całą Europę Środkową i stało się istotnym graczem na rynku Europy Zachodniej. Zapewne zająłby się od razu nadzorem ekskluzywnej filii w Paryżu, ojciec jednak nalegał, aby poszedł na studia, prawnicze, bo jakżeby inaczej. Potrzebny był prestiż. A Pierre? Nie słyszał o nim od dwóch lat, dopóki nie pomylił drzwi w siedzibie firmy w Warszawie i zamiast do swego ojca, wszedł do jednego z jego wspólników. Czyli do gabinetu Pierre'a de Montalembert. Za biurkiem siedział przystojny mężczyzna, w sile wieku, głębokich, czarnych oczach i takich też włosach przetykanych elegancką siwizną tu i ówdzie. Delikatna jeszcze siateczka zmarszczek dodawała mu powagi, zaś pogodny, wesoły uśmiech mocował się z nimi, ujmując z pięknej twarzy widocznego doświadczenia. Mikołaj uśmiechnął się szeroko, ciesząc się, że tak dokładnie pamięta tamten dzień.
Nie wiedzieli o sobie praktycznie nic. A jednak czuli się, jakby znali od zawsze. Pierre pamiętał również ten dzień, a raczej tą chwilę, kiedy Mikołaj wszedł do jego gabinetu w firmie ojca młodzieńca, a jego przyjaciela. Pamiętał głęboki rumieniec, jaki oblał twarz młodego już mężczyzny oraz zielone spojrzenie, które zdawało się podziwiać jego osobę. Pamiętał też to, że zaraz zniknął, bardziej niespodziewanie, niż się pojawił.
Mikołaj po prostu uciekł. Ale od tego dnia bywał w firmie codziennie. Znał cały przekrój działalności, wiedział o wszystkim, co się działo i co się będzie dziać. A z kolei działalność Pierra prześwietlał lepiej niż Roentgen. Nie wiedział sam dlaczego.
Zaczął studia. Wyniósł się z domu tylko dlatego, żeby mieć święty spokój. Wynajął pokój w akademiku z jakimś innym studentem, z tego samego roku. Student ten przedstawił się jako Marek. Był postawnym mężczyzną, na pierwszy rzut oka tępym drabem, który potrafi tylko spuścić komuś łomot. A jednak wyniki czasem miał nawet lepsze niż wybitnie uzdolniony Mikołaj. Dzięki Markowi dziedzic imperium finansowego swego ojca poznał świat od drugiej strony. Współlokator przedstawił się bowiem od razu, jako gej. Mikołaj popatrzył na niego jak na stukniętego, nie wiedząc o co chodzi. Nigdy nie przywiązywał wagi do seksualności, ani do kobiet, ani do mężczyzn, ani do samego siebie. Reakcje na bodźce erotyczne wywoływały u niego raczej zakłopotanie, zażenowanie, niż przyjemność, wolał skupiać się na czymś innym, czyli na firmie, a w efekcie na Piotrusiu, jak zwykł całkiem nieświadomie nazywać Pierr'a. Im bardziej jednak myślał o nim, tym częściej pojawiały się kłopotliwe reakcje. Nigdy jednak nie pomyślał o tym, aby je połączyć w spójną całość.
Pewnego wieczoru Marek poszedł na dyskotekę, do jakiegoś klubu, bóg jeden wie gdzie. Nie wrócił jednak sam. Towarzyszył mu jakiś inny mężczyzna. Mikołaj, który zdobył już trochę pojęcia o świecie poza nauką i konsorcjum ojca, wiedział co to oznacza, dlatego sam ubrał się czym prędzej i wyniósł z pokoju, myśląc gdzie by się tu poszwendać tej nocy. Poszedł do kawiarni, by zażyć podwójnej espresso. Zapłacił od razu, żeby mieć to z głowy. Przy kasie zadzwonił jednak telefon. Niestety był to zwykły SMS od operatora. Chłopak usiadł przy stoliku, wypił szybko kawę i wyszedł. Nie usłyszał, że ktoś zawołał go po imieniu.
Pierre pamiętał ten wieczór, jakby to było wczoraj. Właśnie otrzymał akt potwierdzający rozwód z piękną Beatrice. Bardzo trudno było mu podjąć tą decyzję, zwlekał z nią kilka lat. Niestety po drodze jakimś cudem zrobił dziecko swojej żonie. Ale to tylko utwierdziło go w swoim przekonaniu. Kiedy Nikolas miał rok, Pierre złożył pozew. Wyjaśnił wszystko żonie. Dziękował jej, że przyjęła to z takim spokojem. Później dowiedział się, że o mało nie popełniła samobójstwa. Ale na szczęście już po wszystkim. No i wiedział, że będzie wspaniałą matką dla Nikolasa. Schował kopertę do kieszeni marynarki i zobaczył, jak Mikołaj odbiera telefon przy kasie, po czym odchodzi do stolika, zostawiając portfel na ladzie. Wahał się chwilę, czy podejść i powiedzieć o tym. Zdecydował się dopiero, kiedy niespodziewanie Mikołaj wstał i wyszedł. Zawołał za nim, chłopak nie mógł go już jednak usłyszeć. Pozbierał się, w biegu chwycił portfel syna swego przyjaciela i wybiegł za nim. Dogonił go na końcu ulicy. Starówka była przepiękna, ale właśnie spaliła się jedna latarnia. Jeszcze nie padało, ale grzmoty były coraz głośniejsze, burza już się zaczęła, bo nagle zgasły wszystkie światła, najbliższy transformator pewnie padł.
Mikołaj ocknął się z odrętwienia, kiedy nagle zaległa go ciemność, wystraszył się trochę. Nie bał się ciemności, ale stało się tak nagle. Tak nagle, jak nagle usłyszał swoje imię. Odwrócił się błyskawicznie, mimo ciemności dojrzał Pierre'a, był prawie tuż za nim. Chłopak był zaskoczony i oszołomiony. Niemal natychmiast oblał się rumieńcem, na szczęście niewidocznym w ciemności. Poczuł jak ktoś chwyta jego dłoń, tak, to był Pierre. Zaraz później zacisnął palce na czymś z twardej skóry. Portfel. Ah, tak, zapomniał go wziąć z kawiarni.
Godzinę później obaj siedzieli w samej bieliźnie, okryci kocami w mieszkaniu Pierre'a. Butelka najdroższego wina w barku finansisty była już opróżniona w połowie. Mokre ubrania suszyły się w łazience.
Pierre ocknął się z odrętwienia wypełnionego wspomnieniami. Leżał obok mężczyzny swojego życia, obejmując go najczulej jak tylko mógł. Dokładnie tak samo, jak kilka lat wcześniej, po pierwszej nocy spędzonej razem. Tak samo, jak wtedy, za oknem świeciło słońce na czystym błękitnym niebie władczo nakazując by korzystać z życia ile się da.
- Mon Nikolas... Z nikim nie rozmawiało mi się tak wspaniale mówiąc, jak z tobą milcząc. Kocham cię i mogę zawsze żyć z tobą w ciszy. Słowa nie są tu potrzebne... - Szepnął Pierre de Montalembert, tuląc do siebie Mikołaja, niedługo również de Montalembert.

2009/07/19

Jabłonie, kwitnące jabłonie

Świat nie jest taki zły,
Świat nie jest wcale mdły.
Niech no tylko zakwitną jabłonie,
To i milion z nieba kapnie,
I dziewczyna kocha łatwiej.
Jabłonie, kwitnące jabłonie.

Wszystkim manna pada z nieba,
Ludzie mają, co potrzeba:
Darmo światło, gaz, lokaje;
Śpią od rana do wieczora,
Czasem drepczą do kościoła
I nocą zmęczeni śpiewają:

Świat nie jest taki zły,
Świat nie jest wcale mdły,
Niech no tylko zakwitną jabłonie.
Babcie wnuczkom bajki klecą,
Złote zęby z nieba lecą,
Jabłonie, kwitnące jabłonie.

Oto chmurka na niebiesie,
Zgadujemy co nam niesie
Biały śnieg czy srebrne złotówki.
Wszyscy klniemy: "Toż to skandal,
Dzisiaj z nieba, wstyd i granda!,
Lecą gorące parówki.

Świat nie jest taki zły,
Świat nie jest wcale mdły,
Tak kończymy tę naszą melodię.
Wiosną ludzie umierają,
Wiosną ludzie się kochają,
I dziewczyna z ulicy, i złodziej,
Policjanci i poeci ,chuligani, złote dzieci,
Wszyscy tańczą do świtu kankana,
Śpią od rana do wieczora,
Czasem drepczą do kościoła,
A w nocy zmęczeni śpiewają:

Świat nie jest taki zły,
Świat nie jest wcale mdły.
Niech no tylko zakwitną jabłonie,
To i milion z nieba kapnie,
I dziewczyna kocha łatwiej,
Jabłonie, kwitnące jabłonie.

Cóż to się wczoraj działo... Najwspanialszy dzień tych wakacji i chyba w całym moim życiu. Nigdy bowiem się tak nie czułem. Tak wspaniale, cudownie, a przede wszystkim naturalnie. Bo milczenie jakie znamy, zazwyczaj jest niezręczne, krępujące, jest takie, że należy jej przerwać. A czasem można też pomilczeć po prostu, bo żadne słowa nie są potrzebne. Móc doświadczyć takiego milczenia to zaszczyt, bo to znak, że drugi człowiek jest nam bliski i w jego towarzystwie nie obawiamy się niczego.

Świat nie jest taki zły...

2009/07/15

To dziwne uczucie

To dziwne uczucie


Jakie to dziwne uczucie,
kiedy chcę
a nie mogę.

Pióro w dłoni, papier na pulpicie.
Znaczę powoli atramentem
najróżniejsze abstrakcje
mojej wyobraźni.
Chcę tworzyć,
czuję w sobie moc kreacji,
to dziwne uczucie, kiedy chcę,
a nie mogę.
To nie tak, że nie wiem,
albo nie potrafię.
Może się mylę, ale jestem pewien, że umiem.
Tylko jest coś,
o czym jednak boję się mówić.
Okłamuję się, że jestem otwarty,
że dla mnie tabu nie istnieje.
Ale jednak coś ukrywam.
Albo
nie potrafię się z tym pogodzić.
Czuję więc ból, taki niefizyczny,
barierę, taką efemeryczną,
a jednak niezwykle, zdaje mi się,
trwałą.
I to dziwne uczucie
kiedy chcę,
a nie mogę.

Mój Digitalu,
moja Multimedio,
to wasza wina, że taki jestem.
Pytacie - jaki?
Taki jak wyżej.
Otwarcie zamknięty,
zamknięcie otwarty.
Taki nijaki.
Bez barw, bez znaczenia.
Sprawiacie, że spełnia się mój
największy koszmar.

To uczucie
kiedy chcę,

a nie mogę...


Kiss
while your lips are still red
While he`s still silent
Rest
while bosom is still untouched,
unveiled
Hold another hand
while the hand`s still without a tool
Drown into eyes while they`re still blind
Love while the night still hides
the withering dawn


Świat się nie kończy, świat się zaczyna
Miłość to świata sens i przyczyna
Dopóki kocha się dwoje ludzi
Słońca na niebie Bóg nie ostudzi
Dopóki kochasz mnie a ja Ciebie
Bóg nie zagasi słońca na niebie
Dopóki miłość nas dwoje łączy
Świat się zaczyna, świat się nie kończy

Taka mała kompilacja...
Mam świetny humor, ekstatyczny wręcz...
Mąci go tylko przyjemna nutka nostalgii, melancholii,
która wynika z niespełnienia, bezsilności,
tak, jak dziecko widzi najwspanialszą zabawkę na wystawie,
ma ją na wyciągnięcie ręki,
a jednak odgradza ich solidna szyba...
Mnie jednak na razie wystarczy, że mogę sobie postać i popatrzeć.
Może kiedyś będzie mnie stać na to,
aby być razem z tą zabawką,
która wcale zabawką nie jest,
jest czymś więcej,
czymś nieopisanym...

2009/07/09

Nie bój się...

Nie bój się, nie wstydź się
mówić, że kochasz,
Nie milcz, bo miłość znów
Cię ominie.
Nie bój się, nie wstydź się
mówić, że kochasz,
Będziesz wołał, nie usłyszy,
zniknie w tłumie.


Kochali się jak z rosą kwiat,
Ale milczeli do siebie od lat.

Minęli się - Panie, podaruj im czas.


Nie bój się, nie wstydź się
mówić, że kochasz,

Nawet gdy czujesz, że
ranisz ciszę.

Nie bój się, nie wstydź się
mówić, że kochasz,

Sercu miło, niebu miło
jest usłyszeć.


Pewna osoba zabrała mi wszystko co mam...
To nic, że znamy się tyle co wcale...
To nic, że wydaje mi się to chore...
To nic, że to nic...
Już nawet nie wiem co mam tu napisać.

To nie jest miłość, cytaty pojawiły się, bo były bardzo ładne i głębokie,
tak jakby trochę pasujące do mojej historii. :D

Muśnięcie pędzlem

Zmienia się świat
A historia ma trwa


Ten schnący róży kwiat
Obłoki, co gonią wiatr
I nowy wciąż dziecka płacz
I tęsknota i smutek

To wspomnienie mego dzieciństwa
I obietnica tego stołu
Co dźwiga sytości dar
Ale głodu nie oszuka
To wszystko jest takie inne, obce, nieosiągalne. Pozostaje tylko w sferze moich marzeń i tęsknot. Czasem tak bardzo chciałbym się znaleźć w tym niemal baśniowym świecie wielkich rodów i ich imperiów zbudowanych na rewolucji przemysłowej w Ameryce Południowej, gdzie pełno jest bólu, cierpienia i upokorzenia, ale również miłości, ciepła i beztroski. Tak, tak, to świat tych rzewnych latynoamerykańskich telenowel, ale mam do nich duży sentyment. Tam pewnie miałbym inne problemy, kto wie, być może ciekawsze od tutejszych, teraźniejszych, bardziej kolorowe, a może i byłoby ich mniej. Nie wiem, ale chciałbym się tam przenieść.
Wciąż się zastanawiam jak to się dzieje, że mężczyźni z klasą są rozsiani po całym świecie, tylko nie ma ich w naszym otoczeniu, a jak już są, to zajęci. A reszta, albo jest pusta w środku, albo jest brzydka jak noc. A jak już ktoś jest ładny, czy choćby przeciętny i inteligentny, ze stylem, to mieszka nie drugim krańcu kraju, albo i w ogóle poza jego granicami. Dziwne zjawisko.
Nie pozostaje mi więc nic innego jak zanurzyć się w głosie i muzyce Cesarii i Doroty, odnajdując w niej swoje marzenia i tęsknoty, rodowe imperia rewolucji przemysłowej w Ameryce Południowej i nowoczesne, ale jednak stylowe mieszkanie z dwójką kochających się mężczyzn, tulących się na kanapie w dźwiękach wspaniałej muzyki.
Romantycznie.

2009/07/07

Godzina 01:07

Zakończywszy wczorajszą pracę, czy też codzienną rozrywkę, zeszło mi tak do godziny pierwszej w nocy dnia dzisiejszego. Ale to wszystko wina czynników zewnętrznych, ode mnie niezależnych, ale o tym może później. W każdym razie zrobiłem, co miałem zrobić, wyłączyłem sprzęt, światło, zażyłem stosowne medykamenty, dokonałem wieczornej toalety. A to wszystko w strugach deszczu, który w tej chwili zalewał spokojnie, monotonnie świat. W związku z tym, że nie miałem na sobie żadnego ubrania prócz zwykłej bielizny, wpadłem na szalony pomysł, wyjść na balkon i posiedzieć chwilę w tym deszczu i pokontemplować. Na moje nieszczęście spółdzielnia zamontowała lat temu kilka daszki nad tarasami, więc zbawienny, boski wręcz dotyk deszczu nie mógł mnie dosięgnąć. Dom pogrążony we śnie, skradając się więc wyszedłem półnagi na ten wspaniały taras...

Godzina 01:07
Spojrzałem na zegarek w telefonie. Niby nic, ale ta siódemka jakoś uderzyła mnie po oczach. Stoję na balkonie, słyszę głośny stukot łez... nie, to krople deszczu, które uderzają w półprzezroczysty daszek z pleksi. Tuż przede mną, zaraz za balustradą, świat tonie w mroku, ciepłym świetle nocnych ulicznych latarni i leniwym deszczu. Stoję i siadam, siedzę i wstaję, urzeczony deszczową porą. Kocham deszcz, kocham patrzeć na świat tonący we łzach i nagle poczułem potrzebę podzielenia się tym, która to potrzeba wygoniła mnie do pokoju, aby spisać to, co czuję. Deszcz to dla mnie błogosławieństwo, mogłoby padać zawsze i bez przerwy. Ta chwila mogłaby trwać wiecznie, gdyż nawet ta samotność nie doskwiera mi tak bardzo jak zwykle. Czuję się jak kropla. Są ich miliardy nad, pod, obok siebie, ale nie mają ze sobą związku, poza tym, że wszystkie nalezą do jednego deszczu, spadają w swej samotności i w niej się rozpryskują w zderzeniu z powierzchnią. Tak jestem do nich podobny... Chciałbym to opisać, ale nie potrafię. Deszcz budzi we mnie tak wspaniałe uczucia, tak różnorodne, tak głębokie, że nie jestem w stanie ubrać je w słowa.


Są więzienia gorsze od słów
Nagle, ni stąd ni zowąd, gdy stałem przy barierce patrząc ten mały, urokliwy świat tonący w strugach deszczu, przypomniałem sobie słowa Carlosa Ruiza Zafona. Są więzienia gorsze od słów. Może to przypadek, a może miało to jakieś nawiązanie do mojej sytuacji. Ktoś zatem musiał uznać, że słowa są najgorszym z możliwych sposobów na pozbawienie wolności. I miał w tym trochę racji. Pisarze, poeci rzadko kiedy są wolni. Są uwięzieni w swoich światach, wizjach, pomysłach na kolejne dzieła i ich fragmenty. Czasem marzy mi się zostanie twórcą jakiejś małej cząstki literatury, czego winikiem jest tych kilka moich wierszy, ale moja postać jest postacią tragiczną. Nawet jeśli mam trochę talentu pisarskiego w sobie, wiem, że stałbym się więźniem samego siebie. Ludzie często nie zdają sobie sprawy, z tego, że ich wolność uleciała. Żyją złudzeniami, że są wolni, mają prawa, możliwości, prostą drogę na szczyt. A tym czasem to ułuda, błogi stan nieświadomości. Słowa mają ogromną siłę, z czego niewielu zdaje sobie sprawę. Może to zakrawać na jakiś nie do końca realny motyw powieściowy, ale tak jest. Jedno słowo może nas zniszczyć, a inne, albo nawet i to samo, może nas wynieść na szczyty. Oczywiście mamy wpływ na to, ale niewielki. Wszystko bowiem zależy od okoliczności. To nie ludzie rządzą światem, nie przemoc, nie agresja, nawet nie broń, USA, Rosja, Korea, Iran czy Chiny, czy wybitne jednostki według spiskowej teorii dziejów. Światem rządzi słowo. Mówione i pisane. I oplątuje nas, i zakrywa nas, i z pożądania prawdy jesteśmy nieuczciwi, parafrazując Herberta. Stety, bądź niestety, ale taka jest właśnie natura człowieka. Chce dążyć do celu za wszelką cenę. Posługuje się więc słowem by w sposób pozornie prosty, łatwy osiągnąć to co chce. To się nazywa dyplomacja. Albo władza, jeżeli słowo jest rozkazem. A gdyby tak ludzie nie potrafili mówić? Nie potrafiliby wtedy pisać. Nie było by więc wspaniałej kultury, wielkich dzieł, nie byłoby gazet, nie byłoby książek. Niebyłoby więc czegoś, w czym można się pogrążyć i zatopić bez żadnych szkód.


Cień wiatru
Nie znam go, ale Carlos Ruiz Zafón musi być wspaniłym człowiekiem. Pisał obowiadania dla dzieci i młodzieży, jest dziennikarzem, mieszka w Ameryce Południowej bodaj. Chwała mu za to, że zdecydował się napisać coś dla starszego grona czytelników. Jego pierwsza poważna powieść stała się bowiem dla mnie pozyucją na wskroś obowiązkową na mojej własnej liście bestsellerów. To absolutne mistrzostwo współczesnej literatury. Jeszcze nie znalazłem książki, do której tak bym przylgnął jak do Cienia wiatru. Każde jej odłożenie, każda przerwa w czytaniu jest zwyczajną stratą czasu. Mam ochotę ją czytać i czytać i nie przerywać nawet jak się skończy. To wspaniała opowieść, historia pełna najróżniejszych stron, punktów widzenia, zaskakujących zwrotów. Żadna strona, żadne zdanie nie sprawiło jeszcze, abym poczuł się znudzony i choć jeszcze nie przeczytałem jej do końca, nie sądze, aby coś takiego się jeszcze trafiło. Wspaniała sceneria powojennej Barcelony to cudowny obraz, tym bardziej, gdzie w tle słychać dodatkowo wspaniałą muzykę.


Cesaria Evora... Cesaria Cesarzowa...
To muzyka, której mógłbym słuchać zawsze, słuchając jej, żadna inna może nie istnieć. O ile się nie mylę, to gatunek ten okreslany jest jako latin jazz. Ciepła muzyka, rytmy południa. Ta muzyka jak żadna inna daje mi siłę, energię. Jeśli miałbym stworzyć dla niej obraz, byłoby to nowoczesne, ale stylowe mieszkanie utrzymane w stylu hiszpańskiej, czy brazylijskiej kultury, przestronny salon, olbrzymie okno wychodzące na olbrzymie miasto, pozwalające podziwiać jego panoramę. Już po zmroku, w dole widać kolorowe światła neonów, reklam, samochodów, sygnalizacji świetlnej i latarni. Delikatny deszcz spływa na miasto, zostawiając na szybach salonu strugi swoich łez. Na miękkiej kanapie półleży dwoje mężczyzn, wtulonych w siebie, milczących, trzymających porcelanowe filiżanki utrzymanych w ciepłych barwach złota i brązu z gorącą kawą jako zawartością. Z głośników zaś przestrzeń wypełniają wspaniałe dźwięki muzyki Cesarii, kobieta, która śpiewa naturalnie, śpiewa to co czuje, śpiewa szczerze i boso. A muzyka ta sprawia, że chce się kochać, chce się żyć i zanurzać w błogiej sielance nieświadomości, doświadczając bliskości najbliższej osoby.
To moje spojrzenie na przyszłość, moje marzenie i największa tęsknota. Coś co siedzi głęboko we mnie i być może nigdy nie ujrzy światła dziennego, a co mogę wydobyć słuchając zachwycającej mnie zawsze i niezmiennie Evory i rozmarzyć się, przywołując te wspaniałe, idylliczne wizje przyszłości.

2009/07/05

Zrozumieć siebie

Minęło sporo czasu, trochę sobie pomilczałem tutaj i na FBL. Ale ten czas był dość obfity w różne, najróżniejsze rzeczy. Zrozumiałem wiele spraw, wiele problemów przestało istnieć, wiele zawiłości się wyprostowało. Jestem coraz bliżej samospełnienia.
Sporo tych rzeczy kręci się wokół osoby, która do tej pory była dla mnie jedną z ważniejszych w moim życiu. Przez wiele miesięcy byłem z nim związany w sposób jaki w ogóle nie powinien mieć miejsca, bo czy można nazwać związkiem relację na odległość, która choć trwała blisko trzy lata, to narodziła się i umarła na owej odległości, a my dwaj nigdy się nie spotkaliśmy? Nigdy, aż do teraz, kiedy jest już dobrych kilka miesięcy po całej sprawie. Ten tydzień spędzony razem spowodował we mnie wiele zmian, takich totalnie malutkich, drobniutkich, które składają się na odważne decyzje, które rzutują na moją przyszłość.
Wszystko bowiem miało miejsce w ostatnim tygodniu, kiedy gościłem u siebie wspomnianego przyjaciela. Mając spore ambicje, przeliczyłem się z nimi, dostrzegając, że jednak wspólne życie nie jest nam pisane. Niestety, ale nawet mimo chęci czułbym się źle i nie chodzi tutaj o jakieś jego wady, popełniane błędy, bo ich po prostu nie ma. Zatem wszystko jest w jak najlepszym porządku, jednak problem leży w miejscu dostosowania się. Każdy człowiek ma jakieś oczekiwania wobec osoby, która ma być jego drugą połówką, ale nie każdy człowiek je spełnia. I nie uczynienie tego mimo chęci nie jest rzeczą złą, wstydliwą, czy jakąkolwiek inną pejoratywną. Jest normalnym procesem, kiedy ludzie próbują się dopasować i równie normalnym, kiedy im się to nie udaje. Chodzi w końcu o to, aby każdy czuł się dobrze sam ze sobą i z drugą osobą. Pewne konfiguracje, relacje międzyludzkie wymagają rzeczy, które w innych nie są potrzebne, tak więc związek wymaga tego, co w przyjaźni można spokojnie pominąć. A są rzeczy, których nie da się zmienić, edytować, etc. Rzeczy, które w przyjaźni nie czynią żadnych przeszkód, a w związku stwarzają poczucie niespełnienia, dyskomfortu, itp. Dlatego w tej chwili jedyne, co mogę zaoferować tej osobie, to moja dozgonna przyjaźń, bo w życiu połączyło nas bardzo wiele, nawet związek, ale ten, nie ma szans egzystować w rzeczywistości.

Czuję się szczęśliwy
Może nie tak całkiem, ale w dużej, dużej mierze. Tylko dlatego, że postawiłem kolejny, drobniutki kroczek w karierze samoakceptacji. Choć może nie, nie nazwałbym tego samoakceptacją, ale nie wiem też jakiego odpowiedniego słowa użyć. Chodzi mi o życie w zgodzie z samym sobą, z własnymi ideałami, wartościami, ideami. Strasznie trudno jest poznać samego siebie. Wiele razy wydawało mi się, że udało mi się to osiągnąć, a tu proszę, okazuje się, że zawsze jest coś nowego, coś, czego się jeszcze nie rozgryzło, choć wydaje się to absurdalne. Każdy przecież wie, co i jak robi, w jakiej sytuacji, jak się zachowuje. Jednak nie każdy, a to tylko drobna cząstka tego, co składa się na własne "ja". Dlatego też, aby zrozumieć siebie, nie ograniczam się do samych zachowań, czynności, słów, reakcji. To coś o wiele, wiele więcej. Moje "ja" to całe moje życie. Aby je zrozumieć często poddaję wiele jego aspektów w wątpliwość, polemizuję z prawdami i normami przyjętymi za obiektywne i niepodważalne, tylko po to, aby dojść do własnego celu, samodzielnie osiągnąć to, co inni przyjmują na wiarę i być pewnym wszystkiego. Oczywiście jest to niemożliwe, aby mieć zawsze pewność. Można tylko zmniejszać stopień wątpliwości, bo zawsze coś może być po przeciwnej stronie, choćby z takiego prozaicznego powodu, że świat w żadnej swojej części nie jest wyłącznie czarno-biały, mówię tu o rzeczywistości. Nie mniej jednak wpływa to na poczucie samospełnienia, a więc i szczęścia.

Chciałbym podziękować
Przyjaciele to rzecz bezcenna, dlatego codziennie staram się doceniać tak olbrzymi skarb. Choć czasem mi się nie udaje, to myślę, że oni i tak wiedzą, jak bardzo są dla mnie ważni. Tym bardziej, że to oni często dają mi siłę i pozwalają zrozumieć siebie i otaczający mnie świat. Zapewne zazwyczaj nie są tego świadomi, ale ja wiem i to chyba wystarczy. Czasem niektórzy bywają irytujący, ale to nic. Sama świadomość, że są, że mogę z nimi porozmawiać, że mnie wysłuchają, że nie wyśmieją, czy nie zignorują daje już dużo pozytywnej energii. Bo to oznacza, że dla kogoś się liczę, dla kogoś jestem ważny, nie istnieję tylko sam dla siebie. Ale przyjaciele to tylko mała cząstka. Jest też kolejna - rodzina. Swojej familii zawdzięczam bowiem najwięcej. To ona przecież kształtuje moją osobowość, charakter, wzorce i zasady. To, że lubię czytać, że ponoć jestem inteligentny, że mam coś z erudyty i coś z artysty, że mam swoje zasady, staram się postępować zgodnie z normami, prawidłami moralnymi, że mam zamiłowanie do konwenansów, jestem tolerancyjny, etc. zawdzięczam nie tylko sobie, jak myślałem przez bardzo długi okres czasu, ale także właśnie swojej rodzinie. Wiem też, że na części z nich mogę zawsze i wszędzie polegać. Dlaczego tylko na części? Bo niektórzy wciąż nie wiedzą o mnie kilku istotnych rzeczy, których nie mogę powiedzieć ot tak. Niemniej jednak będę dążyć do tego, abym mógł polegać na wszystkich. Tych najbliższych oczywiście.

I tyle... Oczywiście to nie wszystko, w głowie wciąż kłębią mi się chaotyczne myśli, ale jakoś wena, która polega na ich uporządkowaniu, wygasła, więc może w następnych postach będzie reszta. A może nie.


To koniec, zabiliśmy w sobie wszystko
To koniec, mogliśmy więcej
Przykro

Pchnij mnie kuchennym nożem
wypuść na mnie swoje lwy
ja nie chce więcej biec w ogonie
wolę z przodu tak jak ty

Wszyscy razem w jedną stronę
wszyscy razem, nie ma czego się bać
śpiewajmy tonem wyzwolonym

To koniec, zabiliśmy w sobie wszystko
To koniec, mogliśmy więcej
Przykro

2009/06/17

Dziś

Dziś tak jakoś dziwnie... pełno i pusto zarazem. W szkole ciekawy dzień, pierwszy w tym roku szkolnym, gdzie nie robiliśmy totalnie nic, pomimo iż były lekcje, co więcej, mając ich 6 różnych, pozostaliśmy na pierwszej przez kolejne 3. ;d Posprzątaliśmy ładnie szafkę, papiery, biurko, książki, sprawdziany, makulaturę, wszystko. Do tego sprawdziłem, czy świadectwa są poprawnie napisane, wpisałem brakujące dane, pozapisywałem wszystko, żeby nie było, dziewczyny uzupełniały dane na arkuszach, później pani wpisywała oceny. Wyszliśmy w środku lekcji, kiedy zrobiliśmy już wszystko. Tak po prostu, ze szkoły, do domu. Nikt chyba nie został... To nic, że były jeszcze dwie lekcje. :D A jutro dzień z wychowawcą, sprzątanie kolejnej szafki, tym razem w pokoju nauczycielskim i liczenie frekwencji w dzienniku. W sumie miałem nie iść, bo mi się nie chciało, ale chyba pójdę godzinę później, tak rekreacyjnie. No ale to by było na tyle z tej części "pełno" bo później to już tylko pusto. Poszedłem do przychodni umówić termin do okulisty, oczywiście odesłano mnie pod koniec czerwca, zwyczajowo, bo niby kontraktu nie ma. Mniejsza z tym, później podszedłem umówić się do dermatologa, poszczęściło mi się, bo nie było pacjentów i szanowna pani doktór ;d przyjęła mnie od razu. Wróciłem do domu skropiony lekkim deszczem, na całe szczęście do pustego domu... Uwielbiam przychodzić do domu, w którym nie ma nikogo, uwielbiam tą ciszę zaraz po wejściu, tą swobodę, poczucie pewnej niezależności. Tak sobie myślę, że już nie mogę się doczekać chwili, kiedy będę mógł się wyprowadzić, usamodzielnić się całkowicie. Nie dlatego, że jest mi źle z mamą, czy coś, po prostu lepiej się czuję, kiedy fizycznie nie mam nikogo nad sobą, kiedy jestem sam w domu, kiedy mogę w nim być zupełnie taki, jaki chcę. Niestety nie trwało to zbyt długo, przyszli ludzie, zjedliśmy obiad i tak jakoś zeszło do teraz... tak typowo, w domu, niby z innymi, ale jednak sam, albo raczej samotnie. Moja mała, szara rzeczywistość. Cóż... może to cena za to, że nie jestem jak inni, że nie wpisuję się w żadne kanony, ramy, prądy, że jestem niezależny w swoim charakterze, sposobie bycia, etc. Dlatego jest pusto... Dlatego jest dziwnie. Tak jak dziś. Jak niemal codziennie.

2009/06/16

The winner takes it all

Który skrzywdziłeś człowieka prostego,
Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
Gromadę błaznów koło siebie mając
Na pomieszanie dobrego i złego,

Choćby przed tobą wszyscy się skłonili,
Cnotę i mądrość tobie przypisując,
Złote medale na twoją cześć kując,
Radzi, że jeszcze jeden dzień przeżyli,

Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta.
Możesz go zabić - narodzi się nowy.
Spisane będą czyny i rozmowy.

Lepszy dla ciebie byłby świt zimowy
I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta.

Czesław Miłosz, "Który skrzywdziłeś"

Ten wiersz pragnę zadedykować pewnej osobie z drugiego końca Polski, która najwyraźniej nie wie jak postępować z drugim człowiekiem, szczególnie z tym, którego choćby na moment, uczyniło się sobie najbliższym.



A tą piosenkę pragnę zadedykować innej osobie z drugiego końca Polski, która przez wiele miesięcy, składających się na kilka lat, powodowała u mnie wiele trosk, smutków, ale jeszcze więcej szczęścia i radości, która dała mi to, czego nie ofiarował nikt inny, i której ja odwdzięczałem się tym samym, która wciąż pozostaje dla mnie najważniejszą, która wciąż gdzieś tam jest, co już samo w sobie wystarczy w zupełności.
Bo zwycięzca bierze wszystko... Chcę, żebyś o tym pamiętał. I co ważniejsze, chcę, żebyś zwyciężył. Dziś po przeczytaniu tego co napisałeś przepełniła mnie jakaś taka radość, bo widzę, że zbliżasz się do końca, że mimo, iż wciąż boli, podjąłeś wyzwanie i nie pozwoliłeś się pokonać, choć może już nie walczysz, to nie przegrałeś, stanąłeś temu na przeciw i godnie podejmujesz to, co zesłał Ci los, a co było bardzo złe, bolesne i pełne cierpienia i pewnie nadal jest. Może już nie walczysz, ale nie przegrałeś. A to znaczy, że wciąż możesz wygrać. Bo zwycięzca bierze wszystko... Wszystko. Żebyś tylko skoncentrował się na odpowiednim celu.

Nie będę tego wyjaśniać. Bo nie potrafię. Piszę, bo tak mi dyktuje serce. Nie proś mnie więc o wyjaśnienia, powiedzenie co przez to rozumiem, moją interpretację. Za to z chęcią usłyszę, czy poczytam, jak Ty to rozumiesz...

The winner takes it all...
All.

Et s'il fallait le faire...

A jeśli trzeba by było to zrobić...
...zrobiłbym...


Motyw pewnie dosyć znany, ale to nic...
Bo jeśli trzeba...


Są takie dni, kiedy
nie wiem co ze sobą zrobić.
Tak po prostu,
tak w ogóle.
Wśród tych dni są też takie, które
przepełnia radość, szczęście,
zawieszone we wszechogarniającej
pustce.
Kocham ten stan,
kocham, bo nie mam wyjścia.
Jeśli nie będę,
to zapomnę co znaczy kochać.
Zapomniałem co znaczy być kochanym,
nie pozwolę więc sobie stracić swojej miłości.
Dlatego będę kochać...
...kochać, kochać, kochać!
Bo to jedyne, co mi pozostało prócz...
No właśnie...
Tą tajemnicę niech wyrazi
uśmiech
na mojej twarzy.

2009/06/14

Ah... : )



Możesz zostać ile chcesz
obmyśliłam dla nas dobry plan
razem zestarzejmy się
wciąż tak mało jest dobranych par
nie ma sensu szukać już
z nikim wcześniej nam nie było tak
szanse mógł nam dać sam Bóg
ostatni raz

Słuchając tego czuję się bardzo dziwnie. Opadają wszystkie emocje, cała radość, cała pewność siebie, jest taka dziwna pustka, w której bardzo mi dobrze. Nie potrafię tego nawet opisać... Słuchając tego, wracają do mnie wspaniałe wspomnienia. Wiem, że często było źle, ale słuchając tego nie pamiętam niczego złego. Te nasze rozmowy, ta nasza miłość, te nasze kłótnie i wspaniałe godzenie się za każdym razem, to coś, co dziś dla mnie jest mega dobre i wspaniałe, coś czego nigdy nie zapomnę.
Choć tak często jest między nami źle, to jednak i tak jesteś jednym z najlepszych przyjaciół jakich mam.
Wiem, że postąpiłem słusznie, kończąc to, co było między nami, wiem, że tak jest lepiej dla nas. Może to dziwne, że wciąż jeszcze o tym piszę, myślę. Nie, nie gryzie mnie to, nie smuci, nie ma już żalu, smutku. Jest tylko nostalgia i tęsknota... Coś, czego nie pojmuję, a co jest, co odzywa się we mnie w takich chwilach jak ta...
Coś bym jeszcze napisał, parę słów, wciąż aktualnych, ale nie mogę, nie teraz... ;)
I pewnie jeszcze długo nie... : )

Z Tobą chcę oglądać świat...
przed chwilą zabrzmiało w Opolu...
Zostań bo ta noc, to ona płacze deszczem...
brzmi teraz...

Ah... : )

2009/06/13

Nie wiem

Ja to już totalnie nie wiem o co mi samemu chodzi. ;p
Kiedyś zaproszę was w odwiedziny do szpitala psychiatrycznego, jak tak dalej pójdzie to wyląduję tam z pewnością... Ot choćby te moje huśtawki nastrojów, melancholie, nostalgie, manie i radości.
Ty nie wiesz i się nie dowiesz, ale mam na Ciebie wyjebane. Jak stąd do Warszawy. Nie pasuje mi jak się do mnie odnosisz. Ja wiem o kogo chodzi, Ty nie musisz. ;)
Co więcej... Mam teraz na głowie zajebisty jajeczny blond. :D Chuj z tym, że mnie łeb nawalał później do końca dnia. Ale jest ok. A najlepsze jest to, że czasem mi się zajebiście podoba, a czasem mam ochotę go zmienić jak najszybciej. Ale to nic, że dopiero wczoraj rozjaśniałem włosy.
Planuję mieć czarne...
Podnieca Cię to, co..? ;d
No tak... czego się nie robi dla facetów... Ale to nic, to nic... ;d
A co dzisiaj?
W sumie to nic... Pospałem sobie do 11, później zająłem się swoimi włosami, znaczy pod prysznic, szampon i odżywka w ruch, etc. ;d
Dalej to sobie zjadłem obiad, obejrzałem kolejne odcinki DH no i w końcu poszedłem do parku, bo mnie Tofik wyciągnęła. To nic, że miały być 4 osoby, a było 8, to nic... ;d
Ale wróciłem, obejrzałem ostatni odcinek DH, co wprawiło mnie w świetny humor, a potem notka na Twoim blogu... Nie wiem czemu, ale strasznie mnie one przygnębiają. Z pomocą przyszła jednak piosenka:

I rozmowa z Tobą... Czasem jest tak dobrze... a czasem mam wrażenie, że nie potrafię z Tobą rozmawiać... Znamy się chyba 6 lat... Czasem zdaje mi się, że znam Cię na wylot, a czasem jakbyś był kimś zupełnie obcym. Tak bardzo chciałbym Cię zrozumieć, pomóc Ci... Szkoda, że Cię to wkurwia, podobnie jak każda krytyka skierowana w Twoją stronę. Szkoda, że nie kontrolujesz swoich emocji, że zdajesz się być taki egoistyczny. Ale i tak Cię lubię, nawet bardzo, choć nie rozumiem, choć chciałbym, a Ty mi wcale tego nie ułatwiasz.

2009/06/09

Something

You know... This is an unusuall feeling that's inside of me. I think about I'm alone or I'm lonely. And what I'm deciding? I'm lonely and alone. Yes, of course, I've some friends. But it isn't this what I want. I want to have friend, it mays be only one, but I want to have a friend forever, not for the moment. It's very difficult for me. No, I'm not sad, unhappy. No. I'm disgusted in some way, maybe. I come back to my normal life. My normal life, it's this kind of life, in wich I do nothing, I am, and only I am, nothing more, any idea, any invention. Only existence. There was a few moments, when something was happening, but now, now... Nothing is happaning. My smile is unreal. My laugh is stilled. Sometimes is one moment, when I'm sincere and jolly, but not often. I still dream, that someone will be my friend not for the moment, that I will love someone and this man will love me, because I so need it, but I don't trust in the world, in the fate, in the people. Maybe, someone ever will do that I belive in...


This hasn't any sense...


Don't you understand? Well... You've a problem.

2009/06/02

Tylko wino i śpiew

Dziękuję Ci za wczorajszą rozmowę. Fakt, było trochę smutku, trochę łez, ale dała mi więcej pewności, więcej siły. Powiedziałem Ci kiedyś, że będę Cię kochać wiecznie i nie były to słowa powodowane chwilą. Mówiłem to z pełną świadomością znaczenia jakie niosą. Wciąż jestem ich pewny i wciąż będę. Mówiłeś mi, że każdą miłość można stłumić, ale ja mam inne pojęcie miłości. Ta po prostu przekształci się w inny rodzaj. W końcu stanie się to taką miłością dla miłości, sztuką dla sztuki. A tymczasem mam nadzieję, że nie będziesz mi miał za złe jeśli tu i ówdzie dam Ci jakiś wyraz swojego uczucia. Pozwól mi się z tym uporać, potrzebuję na to trochę czasu. Pamiętaj, że nic nie dzieje się niepotrzebnie. Jeśli wtedy miałbym znów wybrać, wiedząc co się stanie, wybrałbym to samo. Nie żałuję niczego. I nie chcę, abyś Ty czegoś żałował. Nie warto.
Cholera... miałem napisać coś jeszcze, ale Ł. mnie rozproszył... ;p


A tak w ogóle to niewiele się zmieniło. Miałem zmienić fryzurę, ale nic z tego nie wyszło, może jeszcze mi się uda w tym miesiącu. Mam nadzieję. Poza tym parę problemów, które już minęły, w tym kilka naprawdę poważnych. Ale to już za mną. Teraz czekam tylko do jutra. Jak już jutro minie, będę wolny. Prawie. Ale już najgorsze będzie za mną. Cisza, spokój i ja. "potrzebuję czułości" właśnie zabrzmiało w piosence... Całkiem przypadkiem. A jednak... potrzebuję czułości, fakt. Jakoś to będzie. Jest lepiej niż było. O wiele lepiej. Chyba jednak coś udało mi się już zmienić. Dziękuję, Paweł.

Hallelujah

Rufus - Hallelujah / Alleluja

Chyba wszystko o mnie...


I've heard there was a secret chord
That David played, and it pleased the Lord
But you don't really care for music, do you?
It goes like this, the fourth, the fifth
The minor fall, the major lift
The baffled king composing Hallelujah

Hallelujah, Hallelujah
Hallelujah, Hallelujah

Your faith was strong but you needed proof
You saw her bathing on the roof
Her beauty and the moonlight overthrew you
She tied you to a kitchen chair
She broke your throne, she cut your hair
And from your lips she drew the Hallelujah

Hallelujah, Hallelujah
Hallelujah, Hallelujah

Maybe I've been here before
I know this room, I've walked this floor
I used to live alone before I knew you
I've seen your flag on the marble arch
Love is not a victory march
It's a cold and it's a broken Hallelujah

Hallelujah, Hallelujah
Hallelujah, Hallelujah

There was a time you let me know
What's real and going on below
But now you never show it to me, do you?
And remember when I moved in you?
The holy dark was moving too
And every breath we drew was Hallelujah

Hallelujah, Hallelujah
Hallelujah, Hallelujah

Maybe there's a God above
And all I ever learned from love
Was how to shoot at someone who outdrew you
It's not a cry you can hear at night
It's not somebody who's seen the light
Its a cold and its a broken Hallelujah

Hallelujah, Hallelujah
Hallelujah, Hallelujah
Hallelujah, Hallelujah
Hallelujah, Hallelujah


2009/06/01

Umówiłem się z Tobą na życie...

...a Ty jak zwykle się spóźniłeś...

Nie wiem, już nie wiem. Może się z tym pogodziłem, może to już jest za mną. Ale tylko może. Raz już tak myślałem i co? Okazało się, że to wciąż mnie trzyma. Chyba nie potrafię się tego pozbyć. Chyba wciąż mam nadzieję. Na pewno.

A Ty?
Jak zwykle...
Spóźniłeś się,
kilka miesięcy, kilka lat.
Nie wiem.
Tak. Teraz wydaje mi się, że już sobie z tym poradziłem. Ale powtarzam, tylko mi się wydaje. Tak bardzo chciałbym znów być z Tobą, dzielić Twoje radości, smutki, sekrety, dać Ci wszystko co tylko mogę Ci dać, wszystko co mam (co dał mi świat...). Powiedziałeś, że nie chcesz. Szanuję to, ale mimo wszystko, to silniejsze ode mnie.
Tak bardzo chciałbym, byś wrócił.
Tak bardzo chciałbym...
A Ty?

Tylko jedno słowo. Jedno malutkie słowo, a będę tuż obok Ciebie.
Chcesz?
Nie?
Zastanów się...
Albo nie, nie zastanawiaj się.
Broń Boże nie mów tego, co myślisz.
Powiedz tylko to,
co czujesz.

Bo ja już nie wiem... już nie wiem.