Mój zasadniczy problem polega na tym, że nie posiadam konkretnego pomysłu na bloga. W zasadzie, nie posiadam obecnie żadnego pomysłu na bloga. A każdy jaki był dawno już się zdezaktualizował. Najpierw była seria mojego własnego pojmowania pewnych zmysłowych zjawisk, która była skądinąd pomysłem całkiem dobrym, ale straciłem wątek, zanim się jeszcze dobrze rozwinął. Później była słaba próba równie słabej twórczości, a później teksty piosenek i opcjonalne komentarze do nich. Później coś mnie napadło (God bless me, nie żebym był katolikiem, czy coś), założyłem konto na blogspot.com. Moja własna oaza, którą wypełniłem bardzo wątpliwej wartości swoją grafomanią, przez co zrobiło się ciasno i niezbyt miło, ale powiedzmy, upchnąłem to już w starych kartonach w mojej świadomości. Chociaż, nie powiem, parę perełek (moim zdaniem) udało mi się stworzyć. Później z kolei blog stał się podwórkiem, na którym wypłakałem się z mojej pierwszej nieszczęśliwej miłości. No cóż, zdarza się. Dalej toczyło się już raz lepiej, raz gorzej (z akcentem na drugie), wypocinami różnej klasy i różnej kategorii. Jak pisałem w poprzednim tekście, cały czas coś się zmienia, codziennie. Dziś uświadomiłem sobie, że na dobrą sprawę nie ma sensu, abym utrzymywał dalej ten blog, skoro nie mam na niego żadnego pomysłu. Zmiana szaty graficznej to nie wszystko. Zatem owszem, przyznaję się do błędu, jednak bloga nie usunę. Możliwe, że dalej będę na nim pisał, choć nie mam pojęcia co. Rzecz w tym, że nie jestem pewien, czy chcę tutaj stworzyć jakiś pamiętnik, czy dziennik, nie chcę też wyrażać ochów i achów dotyczących mojej miłości i mojego związku, czy też (niedajboże) kolejny raz się wypłakiwać w ramię bloggera.
Jednym słowem: nie wiem. A nie, przepraszam, to dwa słowa. Nie wiem. No trudno, to też się zdarza.
- Vetox
- Jaworzno, Śląsk, Poland
- Młody jeszcze człowiek pełen paradoksów, bywający odważny, ale i nieśmiały, wyważony, ale i zwariowany, radosny, ale i melancholijny. Nie dający się sklasyfikować, wstawić w ramkę, czy wcisnąć do opisanej szufladki.
2012/01/11
2012/01/10
Untouched
I feel so untouched... Wiele się dzieje, życie toczy się swoim torem. Martwi mnie tylko, że czas jest tak bezwzględny i z każdym dniem zdaje się upływać coraz szybciej. I tylko jeden problem, który generuje wszystkie pozostałe - brak umiejętności wykorzystania owego czasu w możliwie najbardziej wydajny sposób. Tracę go zdecydowanie za dużo. Definitywnie. Ale cokolwiek by się teraz nie działo, z ręką na sercu mogę stwierdzić, że jestem szczęśliwy. Może nie zawsze jestem w porządku, jakieś tam swoje grzeszki mam, ale robię wszystko, aby się tego pozbyć. Mam swój cel. Jasny, klarowny, górujący nad wszystkim innym. Ale nie chcę o tym za dużo pisać, wszyscy o tym piszą, więc ja nie muszę, wystarczy, że noszę to w sercu i wiedzą o tym ci, którzy wiedzieć powinni, nic więcej nie jest tutaj potrzebne.
Inna sprawa, że codziennie coś się zmienia. Jak to stwierdził Heraklit, panta rei. Czasem żałuję, że nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki, że nie da się wrócić tego, co było. Czasem jednak, nieważne jakbym żałował, tak jest lepiej, zawsze tak jest lepiej, to przecież istota świata, iść ciągle naprzód, nie jest istotne, czy ku zwycięstwu, czy ku porażce, ważne, aby iść, zachować wyprostowaną postawę, jak Pan Cogito, zmierzać po złote runo, cel i kres naszego istnienia. I feel so untouched, right now need u so much...
Inna sprawa, że codziennie coś się zmienia. Jak to stwierdził Heraklit, panta rei. Czasem żałuję, że nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki, że nie da się wrócić tego, co było. Czasem jednak, nieważne jakbym żałował, tak jest lepiej, zawsze tak jest lepiej, to przecież istota świata, iść ciągle naprzód, nie jest istotne, czy ku zwycięstwu, czy ku porażce, ważne, aby iść, zachować wyprostowaną postawę, jak Pan Cogito, zmierzać po złote runo, cel i kres naszego istnienia. I feel so untouched, right now need u so much...
2011/05/31
Jutro
Dzisiaj w nocy, najpóźniej gdzieś nad ranem, jutro, kiedy jeszcze będzie ciemno, minie 10 miesięcy wspólnego życia. Szkoda tylko, że to życie skończyło się przedwczoraj. Nie sprzeciwiałem się temu. I tak nic to by nie zmieniło. Zresztą nawet nie chcę myśleć o tym, aby On czekał tylko, aż powiem "stop. nie zgadzam się, nie zakończymy tego", możliwość taka jest wielce wątpliwa, a nawet jeśli, nie chcę myśleć o sobie w kategorii największego losera.
Skończył się maj. Rok temu już rozpoczynała się moja największa przygoda... nie, nie przygoda, mój najlepszy czas w życiu. Nigdy do tamtej chwili nie pokochałem nikogo tak mocno i tak prawdziwie. Nikt nigdy wcześniej nie dał mi tyle szczęścia i radości, ile otrzymałem wtedy. To było wspaniałe, cudowne. Ten rok dał mi poczucie, że mogę wszystko.
Równocześnie, dał mi także do zrozumienia, że jestem niczym. Ja mogę sobie kochać, choćby i najmocniej spośród wszystkich ludzi na świecie, ale co tam, i tak nie mam wpływu na uczucia, które On czuje do mnie. I tak to nie ja decyduję o szczęściu, wspaniałym życiu, wspólnym życiu. Mogę tylko stać i patrzeć jak cierpi, sam nie wie co zrobić, jak sam niszczy to, co tyle czasu budowaliśmy razem. Tak jakby mnie nie było.
Cierpię, czuję tak wielki wewnętrzny ból, że nie jestem w stanie go znieść. I wcale nie pociesza mnie myśl, że On również cierpi. Skoro tak, to dlaczego to skończył? Dlaczego nie dał Nam kolejnej szansy? Wiem, "ileż można". Ale może po prostu "do skutku"? Oddałbym wszystko, zrobiłbym wszystko, żeby to wszystko cofnąć, żeby sprawić, aby zmienił zdanie. Nie mam w tej chwili nic do stracenia, dlatego jestem w stanie zaryzykować wszystko. Jedno słowo, jeden uśmiech, wystarczy i jestem. Może to głupie. Ja uważam, że to miłość i olbrzymie przywiązanie, które jest jej efektem.
Minęły zaledwie dwa dni, a ja już mam pełno najróżniejszych scenariuszy w głowie, jak to ja. Szkoda tylko, że z perspektywy obecnej sytuacji, każdy scenariusz wywołuje łzy, których nie jestem w stanie powstrzymać. Oczywiście nie płaczę cały czas, ale jak już mnie najdzie to trwa to jakiś czas. Parę razy zmuszony byłem tłumić płacz, co nie było wcale przyjemne. Najgorzej jednak było wczoraj wieczorem, kiedy przyszła do mnie mama i poprosiła mnie, żebym powiedział jej coś miłego, tak po prostu. Milczałem, czując jak łzy napływają mi do oczu, a w gardle rośnie nieprzyjemna gula. Dobrze, że nie naciskała, bo gdyby była wtedy jeszcze chwilę przy mnie, zapewne bym nie wytrzymał.
Dziś na przykład pytała, czy się z Nim pokłóciłem, bo widzi, że jestem smutny. I co ja mam jej powiedzieć? Nie, mamo, nie pokłóciłem się, rozstaliśmy się. Zostawił mnie człowiek, którego kocham nad życie, który był przyczyną ujawnienia Tobie mojej orientacji i który stał się najistotniejszym czynnikiem na drodze Twojej akceptacji. Tak, to koniec. Dla niej pewnie nie, to przecież oczywiste, że będą inni, kolejni. Że mi przejdzie. Że jedno się skończyło, by mogło się zacząć drugie. Ależ ja to wszystko wiem. Ale to tylko teoria. W praktyce, dla mnie, skończył się świat, skończyło się całe życie. Marzenia, cele, wspólne plany. Wszystko to poszło do kosza bo... na dobrą sprawę bo tak. To jest najgorsze. Że w tej chwili dla mnie związek, to już nie jest tylko związek, czysta relacja między dwojgiem ludzi. To już stało się dla mnie całym życiem, wszystkim co mam. A teraz? Teraz nie mam nic. Wszystko na nowo, wszystko od zera. Łącznie z uczuciami.
Bardzo, bardzo boję się, czy sobie poradzę. Tu, na zewnątrz będzie wszystko okej. Przecież muszę dalej żyć, funkcjonować. Ale w środku, co z uczuciami? Prawdziwej miłości nie da się pozbyć ot tak... Wiele wody upłynie, zanim coś się zmieni na lepsze. Raz zepsutych i pozostawionych uczuć nie da się naprawić. Chyba, że ich adresat ponownie się nimi zaopiekuje, co zazwyczaj w ogóle nie ma miejsca.
Nie chcę odchodzić, nie chcę żebyś Ty odchodził. Z całego serca pragnę, abyśmy znów byli razem. Ale ja tu nie mam nic do gadania... : (
Skończył się maj. Rok temu już rozpoczynała się moja największa przygoda... nie, nie przygoda, mój najlepszy czas w życiu. Nigdy do tamtej chwili nie pokochałem nikogo tak mocno i tak prawdziwie. Nikt nigdy wcześniej nie dał mi tyle szczęścia i radości, ile otrzymałem wtedy. To było wspaniałe, cudowne. Ten rok dał mi poczucie, że mogę wszystko.
Równocześnie, dał mi także do zrozumienia, że jestem niczym. Ja mogę sobie kochać, choćby i najmocniej spośród wszystkich ludzi na świecie, ale co tam, i tak nie mam wpływu na uczucia, które On czuje do mnie. I tak to nie ja decyduję o szczęściu, wspaniałym życiu, wspólnym życiu. Mogę tylko stać i patrzeć jak cierpi, sam nie wie co zrobić, jak sam niszczy to, co tyle czasu budowaliśmy razem. Tak jakby mnie nie było.
Cierpię, czuję tak wielki wewnętrzny ból, że nie jestem w stanie go znieść. I wcale nie pociesza mnie myśl, że On również cierpi. Skoro tak, to dlaczego to skończył? Dlaczego nie dał Nam kolejnej szansy? Wiem, "ileż można". Ale może po prostu "do skutku"? Oddałbym wszystko, zrobiłbym wszystko, żeby to wszystko cofnąć, żeby sprawić, aby zmienił zdanie. Nie mam w tej chwili nic do stracenia, dlatego jestem w stanie zaryzykować wszystko. Jedno słowo, jeden uśmiech, wystarczy i jestem. Może to głupie. Ja uważam, że to miłość i olbrzymie przywiązanie, które jest jej efektem.
Minęły zaledwie dwa dni, a ja już mam pełno najróżniejszych scenariuszy w głowie, jak to ja. Szkoda tylko, że z perspektywy obecnej sytuacji, każdy scenariusz wywołuje łzy, których nie jestem w stanie powstrzymać. Oczywiście nie płaczę cały czas, ale jak już mnie najdzie to trwa to jakiś czas. Parę razy zmuszony byłem tłumić płacz, co nie było wcale przyjemne. Najgorzej jednak było wczoraj wieczorem, kiedy przyszła do mnie mama i poprosiła mnie, żebym powiedział jej coś miłego, tak po prostu. Milczałem, czując jak łzy napływają mi do oczu, a w gardle rośnie nieprzyjemna gula. Dobrze, że nie naciskała, bo gdyby była wtedy jeszcze chwilę przy mnie, zapewne bym nie wytrzymał.
Dziś na przykład pytała, czy się z Nim pokłóciłem, bo widzi, że jestem smutny. I co ja mam jej powiedzieć? Nie, mamo, nie pokłóciłem się, rozstaliśmy się. Zostawił mnie człowiek, którego kocham nad życie, który był przyczyną ujawnienia Tobie mojej orientacji i który stał się najistotniejszym czynnikiem na drodze Twojej akceptacji. Tak, to koniec. Dla niej pewnie nie, to przecież oczywiste, że będą inni, kolejni. Że mi przejdzie. Że jedno się skończyło, by mogło się zacząć drugie. Ależ ja to wszystko wiem. Ale to tylko teoria. W praktyce, dla mnie, skończył się świat, skończyło się całe życie. Marzenia, cele, wspólne plany. Wszystko to poszło do kosza bo... na dobrą sprawę bo tak. To jest najgorsze. Że w tej chwili dla mnie związek, to już nie jest tylko związek, czysta relacja między dwojgiem ludzi. To już stało się dla mnie całym życiem, wszystkim co mam. A teraz? Teraz nie mam nic. Wszystko na nowo, wszystko od zera. Łącznie z uczuciami.
Bardzo, bardzo boję się, czy sobie poradzę. Tu, na zewnątrz będzie wszystko okej. Przecież muszę dalej żyć, funkcjonować. Ale w środku, co z uczuciami? Prawdziwej miłości nie da się pozbyć ot tak... Wiele wody upłynie, zanim coś się zmieni na lepsze. Raz zepsutych i pozostawionych uczuć nie da się naprawić. Chyba, że ich adresat ponownie się nimi zaopiekuje, co zazwyczaj w ogóle nie ma miejsca.
Nie chcę odchodzić, nie chcę żebyś Ty odchodził. Z całego serca pragnę, abyśmy znów byli razem. Ale ja tu nie mam nic do gadania... : (
Subskrybuj:
Posty (Atom)