Czy pragnienie bycia szczęśliwym to naprawdę tak dużo? Ja wiem, że to za mało, żeby być szczęśliwym, ale wystarczająco dużo, żeby próbować. Szkoda tylko, że brak jest ambicji, aby właśnie próbować. Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie piosenka Lionela Richie "Hello" i właściwie codziennie coś gdzieś głęboko we mnie krzyczy, wrzeszczy, słowami tej właśnie piosenki - powiedz mi, jak zdobyć Twoje serce, bo ja nie mam pomysłu, ale pozwól mi zacząć od słów 'kocham Cię'. Znowu marznę, bardzo marznę. Znowu czuję, że mogę Cię stracić. Bardzo nie chcę. Jesteś dla mnie wszystkim, wszystko, co robię, robię z myślą o Tobie i dla Ciebie. Gdyby nagle Cię zabrakło, w moim życiu nastałaby taka pustka, że wątpię, aby udało mi się ją ogarnąć i na nowo zagospodarować.
Kolejny raz utwierdzam się w przekonaniu, że muzyka, piosenki, ich melodie i słowa, odgrywają w moim życiu ogromną rolę. W tej chwili gra Myslovitz "Chciałbym umrzeć z miłości". O czym przy niej myślę? O Tobie. To w końcu pierwsza nasza piosenka, czyż nie? Znów aktualne są słowa "świat wypadł mi z moich rąk", tylko, że w zupełnie przeciwnym kontekście. Z tym wszystkim wiąże się ogrom wspomnień, zarówno z tą jedną piosenką, jak i z wieloma innymi.
Może ja to wszystko sobie wyolbrzymiam, może to nie jest takie straszne, może żadnej ostateczności tutaj nie będzie. Ale myślę, że mam niezbywalne prawo do wyolbrzymiania i martwienia się na zapas, bo dosyć już miałem ku temu powodów.
Zapewne nie przeczytasz tego w czasie, w jakim mógłbyś, czy powinieneś. Zapewne przeczytasz to dopiero wtedy, kiedy przypomnisz sobie przypadkiem adres do mojego bloga, albo wejdziesz na swój własny. Będzie to pewnie długo po tym, kiedy to właśnie piszę.
Telefon milczy, prosiłem, abyś się odezwał, ale stwierdziłeś, że nie będziesz mieć humoru, aby odezwać się do mnie.
18:18, może przestanę myśleć o znaczeniu takiej godziny, może przestanę zwracać na nie uwagę, skoro i tak nic to nie daje.
Nie masz humoru, no szkoda. Ale ja nigdy, nigdy nie zrozumiem tego mechanizmu - im większy Ty masz problem, tym bardziej ja się o Ciebie martwię (i o Nas też). Im bardziej ja się martwię, tym bardziej Ty starasz się to ignorować. Nie wiem dlaczego nie chcesz rozmawiać, skoro masz jakiś problem, nie wiem dlaczego unikasz odpowiedzialności, dlaczego boisz się postawić czoła swoim wątpliwościom.
Faktem jest, że połączenie w Twoich ustach dowolnie odmienionego słowa "emocje" z dowolnym słowem kojarzącym się źle, boleśnie lub drastycznie, oznacza tylko jedno - problem, duży problem.
Najgorsza jednak jest bezsilność. Cokolwiek bym nie zrobił - nie poradzę. Nie poradzę na to, że wątpisz we własne uczucia, że sam nie wiesz co czujesz, nie mam na to żadnego wpływu. Tylko Ty sam możesz do tego dotrzeć, zrozumieć siebie i swoje uczucia. Gdybyś tylko chciał, gdybyś tylko poświęcił sobie czas. Ale to Ty decydujesz i nikt, prócz Ciebie, nie może mieć na to wpływu.
I to nie jest tak, że ja nie wątpię. Wręcz przeciwnie, w takich chwilach nawet bardziej. Tylko, że ja mam tę przewagę, że jestem pewien swoich uczuć i za cel stawiam sobie to, abyś w każdej chwili mógł mieć we mnie oparcie. Pomimo tego, że uparcie wciąż i wciąż nie chcesz z tego korzystać. Ale tak, jak już wspomniałem wcześniej, sensem mojego życia jesteś Ty. I wciąż mam nadzieję, że się ułoży, że "jakoś to będzie", że przestaniesz niszczyć to, co tyle czasu budowaliśmy.
Może naprawdę przesadzam. Może te Twoje katusze nie mają z nami żadnego związku. Ale mam prawo przesadzać, tak sądzę. A Ty wcale nie sprawiasz, abym mógł myśleć inaczej.
- Vetox
- Jaworzno, Śląsk, Poland
- Młody jeszcze człowiek pełen paradoksów, bywający odważny, ale i nieśmiały, wyważony, ale i zwariowany, radosny, ale i melancholijny. Nie dający się sklasyfikować, wstawić w ramkę, czy wcisnąć do opisanej szufladki.
2011/04/06
2011/03/29
Jeden dzień jedna noc
Na duszy gorzka łza
i ciągle czuję brak
naszych wspólnych chwil
Czasem czuję się, jakbym miał raka. Taki nowotwór myśli. Dlaczego o tym nie mówię? Bo jestem typem osoby, która musi mieć pod kontrolą swoje życie. Wątpliwości sprawiają, że ta kontrola staje się zachwiana. Nie mam zatem wyjścia, muszę te wątpliwości rozwiewać, choć chwilami zdaje mi się to iście syzyfową pracą. To trochę tak, jak mówi Tom Scavo o swojej żonie Lynette: "Musisz wiedzieć pewną rzecz o Lynette. Dorastała bez ojca, jej matka piła, więc to ona musiała się o wszystko troszczyć. To odcisnęło na niej piętno nieustannego strachu, że nagle wszystko może się rozlecieć. To dlatego musi mieć wszystko pod kontrolą. Oczywiście nie jest w stanie. Nikt nie jest. Ale jest w stanie kontrolować mnie, jeśli jej na to pozwolę. Więc pozwalam, bo to sprawia, że czuje się bezpiecznie. A to jest moje zadanie jako jej męża - sprawić, żeby czuła się bezpiecznie". Oczywiście, moja przeszłość jest zgoła inna od dzieciństwa Lynette, ale co do reszty, to jednak coś w tym jest. I tutaj pojawia się problem. Na moje życie składają się w większości dwie osoby - ja i mój Mężczyzna. I nie mogę tego kontrolować, tym gorzej, że to wcale nie jest stabilne. To wymaga ode mnie olbrzymiej cierpliwości, ale czyż to nie ja jestem właśnie oazą spokoju i cierpliwości? Tak się dzieje, że ostatnio często myślę o tym, że mógłbym to wszystko stracić. Taka myśl mnie przeraża i jest moim największym koszmarem. Ale ja się nie poddam. I wierzę w to, że mój Mężczyzna również.
I wszystko traci sens
nie umiem bronić się
Moje myśli płoną
Jak człowiek myśli za dużo, to wymyśla rzeczy złe, bardzo złe. Często to ostatnio powtarzam. Czego bym w tej chwili chciał? Spokoju, spokoju, że nie stracę tego, co mam. Ale jeśli trzeba, jeśli tylko trzeba, zrobię wszystko, co w mojej mocy, albo nawet i więcej, aby do tego nie dopuścić. Chociaż jesteśmy dorosłymi ludźmi i podejmujemy świadome decyzje, tego jednego nie dopuszczę. Nie chcę stracić wszystkiego co kocham.
Znalazłam właśnie w tobie
odwagę, siłę i intelekt, wątpisz?
Zobacz gdzie stoimy
i się pod tym podpisz.
Chcę miłości. Będę cierpliwy, tak długo, jak tylko będzie trzeba. Et si fallait le fair...
PS. Konkurs o Złote Pióro Prezydenta Jaworzna czeka na rozstrzygnięcie. : )
2010/12/08
Jest tak jakoś dziwnie. To muszę przyznać szczerze. Zapytuję się ostatnio, czy jestem szczęśliwy. I zgadnijcie jaką odpowiedź otrzymuję? Oczywiście, że tak. Dlatego czuję się dziwnie. Nieporozumienia, błahe sprawy mogą sprawiać duży ból. Ale pewnych rzeczy się nie przeskoczy, nie ma wyjścia jak tylko zacisnąć zęby, przebrnąć przez to, byle zapomnieć. Bo tego i tak nie będzie się pamiętać. Dobre i złe chwile mijają, jak wszystko, a jednak wracamy tylko do tych dobrych, złe wymagają wysiłku, na który często nie jesteśmy w stanie się zdobyć, czy może po prostu nie chcemy wracać do tego, co było nie tak. Myślę, że to słusznie, nigdy nie popierałem zadręczania się na siłę. Jest źle? Okej, kiedyś przestanie. Nie przestanie? Trudno, trzeba nauczyć się z tym żyć. Rozpamiętywanie tylko pogarsza sprawę.
Doceniam wielki skarb, jakim jest szczera rozmowa z najbliższymi. Często to właśnie dlatego wszystko pozostaje w porządku i w całości, nie rozwala się w drobny mak. Brakuje mi tylko w tym wszystkim bliskości i czułości. Silne ramiona mojego mężczyzny są dla mnie olbrzymią podporą. Czasem mam tak wielką ochotę zniszczyć wszystko, co jest w około, cały świat, aby tylko pozbyć się wszelkich przeszkód, które bronią dostępu do tego oparcia.
Może dojrzałem do tego wszystkiego zbyt szybko. To młodzieńcze szaleństwo tak naprawdę rozmyło się gdzieś po drodze, dlatego tak bardzo boli świadomość, że zanim dwoje stanie się jednością, minie sporo czasu. Bo szkoła, bo praca, bo studia, bo rodzina, bo mieszkanie, bo pieniądze... Czy to mnie przerasta? Chyba nie, z rzadka może odrobinę, bo chciałoby się już, zaraz. Mimo wszystko zwyczajnie nie ma żadnych możliwości aby to przyspieszyć, przecież się w tej chwili nie wyprowadzimy.
Chcę stworzyć coś trwałego. Zresztą, już stworzyliśmy, razem. Myślę, że nie oczekuję zbyt wiele. Myślę, że to wszystko jeszcze się stanie, ugruntowane pewnym i mocnym uczuciem. Czyż nie?
Doceniam wielki skarb, jakim jest szczera rozmowa z najbliższymi. Często to właśnie dlatego wszystko pozostaje w porządku i w całości, nie rozwala się w drobny mak. Brakuje mi tylko w tym wszystkim bliskości i czułości. Silne ramiona mojego mężczyzny są dla mnie olbrzymią podporą. Czasem mam tak wielką ochotę zniszczyć wszystko, co jest w około, cały świat, aby tylko pozbyć się wszelkich przeszkód, które bronią dostępu do tego oparcia.
Może dojrzałem do tego wszystkiego zbyt szybko. To młodzieńcze szaleństwo tak naprawdę rozmyło się gdzieś po drodze, dlatego tak bardzo boli świadomość, że zanim dwoje stanie się jednością, minie sporo czasu. Bo szkoła, bo praca, bo studia, bo rodzina, bo mieszkanie, bo pieniądze... Czy to mnie przerasta? Chyba nie, z rzadka może odrobinę, bo chciałoby się już, zaraz. Mimo wszystko zwyczajnie nie ma żadnych możliwości aby to przyspieszyć, przecież się w tej chwili nie wyprowadzimy.
Chcę stworzyć coś trwałego. Zresztą, już stworzyliśmy, razem. Myślę, że nie oczekuję zbyt wiele. Myślę, że to wszystko jeszcze się stanie, ugruntowane pewnym i mocnym uczuciem. Czyż nie?
Subskrybuj:
Posty (Atom)